sobota, 9 lutego 2013

Oj moja biedna głowa...

W poprzedniej, dziewiętnastej już sesji udział wzieli:
Kaszkur, Nuadu,  SImeon i autor tego pamiętnika Keffar.

Po ostatnich przygodach wylądowaliśmy w Trzewiach gdzie w końcu udało się wyspać pod dachem, najeść do syta i wypić coś więcej niż wodę. Po zastanowieniu stwierdziłem, że chyba jednak się człowiek za bardzo do luksusu przyzwyczaja, bo co to? Raptem dwa dni byliśmy w lesie a już się luksusów zachciewa. Kiedyś jak się żyło z polowania, to i kilka miesęcy człowiek łóżka nie widział i wszystko było dobrze, ech starość nie radość. 

Rankiem po spokojnej nocy "U Maryny", wyruszamy do Japvena, może on coś będzie wiedział o tym zielsku co go Simeon dla brata szuka? Ruszyliśmy jak cywilizowane ludzie drogą na południowy wschód, daleko nie uszliśmy gdy Nuadu zauważył na południu krążące wielkie ilości ptaszydeł, głównie padlinożerców. Ani chybi coś się stało, może kto jeszcze żyje i pomocy potrzebuje. Oczywiście Kaszkur zaraz coś zaczął przebąkiwać o przedmiotach potrzebujących nowego właściciela, ale kto by go tam słuchał. Ostrym marszem ruszyliśmy na południe przez wzgórza i po chwili już było widać las, a na jego skraju chałupkę. Właśnie nad tą chałupą krążyły ptaki. Tu po raz pierwszy przydał się nowy teleskop Nuadu, za jego pomocą okazało się że kręcą się tam jacyś ludzie, ale nie sprawiają wrażenia że robią coś złego. Po chwili wszystko stało się jasne, mamy do czynienia raczej z rzeźnią niż jakimś pobojowiskiem. Rzeźnią w sensie dosłownym, właśnie jej właściciel Boenda sprawiał transport owieczek ze stada wdowy Falery (poznaliśmy ją tydzień temu). Swoją drogą będę musiał usiąść wieczorem i dokładnie dni policzyć, bo już mi się wydaje że jesteśmy rok na Rocranonie a na rozum wiem że nawet jeden księżyc nie minął. Boenda i jego córka Sobi okazali się moimi krajanami, umówiliśmy się zatem że jeszcze porozmawiamy dłuże jak go odwiedzimy z jakąś butelczyną i ruszyliśmy w dalszą drogę, tym razem na przełaj. 

Nie minęło wiele czasu jak znaleźliśmy chatkę Japvena tylko niestety gospodarza nie było. Pogoda była piękna, nigdzie nam się nie śpieszyło, to rozłożyliśmy mały biwaczek. Simeon z Nuadu poszli szukać ziółek (wokół domu zielarza, buhaha) a ja z Kaszkurem zajęliśmy się obiadem. Zanim peklowana wołowina zdąrzyła zmięknąć nadszedł Japven.

Noc spędziliśmy u zielarza, przy okazji dowiedzieliśmy się kilku ciekawych rzeczy o ziółkach, Simeon próbował się czego ś o ostrokrewie nauczyć, chyba mu nie wyszło. Trochę pogadaliśmy o okolicy, że na południu tu jest ładne jezioro, ale ostatnio zarasta jakimś dziadostwem, albo że wyspa Senna na której żyje zielacha jest całkiem blisko. Do tego rozpracowaliśmy znaczną część zapasu alchemicznej gorzałki, wieczór uznaję więc za udany. 

Wspomniana wcześniej gorzałka alchemiczna, naprawdę musi być zacnej czystości bo nikogo, nawet Nuadu, rano głowa nie bolała. W wyśmienitych chumorach postanowiliśmy zatem odwiedzić Boenda, tylko jeszcze uzupełniliśmy zapasy w Trzewiach i zgodnie z obietnicą, zaopatrzeni w napoje wyskokowe pod wieczór zapukaliśmy do drzwi rzeźnika. 

Nie chcę wnikać czy tym razem gorzałka była gorsza, kolejny dzień picia, czy też  przez mieszanie z piwskiem, fakt jest faktem że rankiem Nuadu nie nadawał się do życia. Prosił żeby mu dać wody, dobić i generalnie zostawić w spokoju.  On jednak jakiś taki chorowity jest, jakoś wcześniej na to nie zwróciłem uwagi. 

Następne dwa dni przeznaczamy na generalny odpoczynek, rekonwalescencje i czyszczenie ekwipunku, a jedyne co się ciekawego dzieje to spotkanie z kapitanem Petlaminem, który wprawdzie czuje się trochę lepiej, ale na morze się jeszcze nie nadaje. Pomieszkuje więc u Maryny i nabiera sił. Za to że uratowaliśmy mu życie obiecał nam darmowy transport na wyspę Senną, myśle że skorzystamy z tej pomocy, ale to jeszcze nie teraz.

Po dwóch dniach byczenia się pojawił się Luca i jako że byliśmy już spakowanie praktycznie od razu ruszyliśmy na zachód.

Zdążyliśmy minąć szubiennicę, gdy u naszego MG zaczęły się jakieś problemy techniczne i zakończyliśmy sesję. 
Po czasie przypomniałem sobie że mieliśmy robić wieczorne podsumowania, min. liczenie wydanej kasy, zjedzonego jedzenia itp, ale znów o tym zapomnieliśmy :) Poza tym sesja była udana, mimo że prawie nic się nie działo, udało nam się nawet "przeskoczyć" dwa dni, choć w sumie nie zostały wykorzystane jakoś super sensownie :)  

wtorek, 5 lutego 2013

Święta, święta i po świętach.

Zimno było jak diabli, do tego nieprzerwanie wielkimi płatkami sypał śnieg. Sytuacji bynajmniej nie poprawiał porwisty wiatr co i rusz przelatujący między chałupami i wzbijający w powietrze sporą część tego co już spadło prosto pod kaptur wędrowca. Mężczyzna po chwili dotarł do drzwi karczmy i kilkoma kopnięciami w podmurówkę spróbował oczyścić buty ze śniegu, nie widząc jednak efektów takiego kopania dał spokój i wszedł do środka. Sala główna karczmy "Pod złotym japkiem" była kompletnie pusta. Stoliki były uprzątnięte, ławy równo poustawiane a kominek i lampy na słupach wygaszone. 

- Karczmarzu! Olafie ?! - rzucił Umber zdejmując kaptur i otrzepując płaszcz ze śniegu - Jest tu kto?

Odpowiedziała mu głucha cisza. Wojownik zaintrygowany sytuacją ruszył w stronę kuchni uważnie rozglądając się po kątach sali. Kuchnia, tak jak i główna sala była kompletnie pusta, piec był wygaszony a wszystkie naczynia, kufle i inne przedmioty których nie potrafił nazwa a używa się w każdej kuchni leżały poukładane i czyste. Kompletnie już zdezorientowany ruszył dalej w stronę drzwi które musiały prowadzić do części karczmy gdzie mieszkał właściciel. Zanim jednak zdążył sięgnąć ręką do klamki, drzwi otworzyły się z trzaskiem. W drzwiach stał Olaf, ubrany jedynie w szlafmycę, koszulę nocną w niebieskie pasy i wielkie bambosze z pomponami, dzierżąc w obu rękach absurdalnie wielką patelnią przygotowaną do uderzenia. 

- Ach to wy Umberze - uspokoił się wyraźnie opuszczając narzędzie zbrodni - cóż was sprowadza?
- Czy to jest akurat ten jeden dzień w roku gdzie w tej karczmie się myje kufle? - odparł wojownik wyraźnie zaskoczony widokiem właściciela - Chciałem się ogrzać, zjeść coś, pogadać z kimś przy kufelku, a tu cisza jak w rodzinnym grobowcu, o co chodzi?
- Ach, no tak, wy nietutejsi. - rozpromienił się gospodarz - Dziś mamy Abrejse, czyli Cichą Noc. 
- Że co macie? Mam nadzieję, że to nie jest zaraźliwe?
- Ależ skąd, tak nazywamy nasze lokalne święto. 
- W okolicy skąd ja pochodzę święta obchodzi się trochę huczniej, jest więcej jedzenia, picia i tańców. 
- U nas też, ale to dopiero jutro. - Olaf podrapał się w głowę i zrobił minę jakby tłumaczył coś oczywistego niezbyt rozgarniętemu dziecku - Dziś nie hałasujemy, nie palimy ognia, a co za tym idzie nie gotujemy jedzenia. Jak bardzo chcecie mogę wam dać trochę wczorajszego chleba i kawałek słoniny, ale dziś nic więcej w całej wsi nie dostaniecie.
- Dobre i to, ale powiedzcie mi gospodarzu skąd takie dziwne święto. 

Karczmarz odkroił kawał chleba, z leżącego pod czystą ściereczką bochenka, dołożył do tego całkiem solidny kawałek wędzonego boczku a na koniec nalał z beczki lekkiego piwa.

- Usiądźcie i jedzcie, zaraz wszystko opowiem. 

A było to tak.
Dawno, dawno temu, gdy jeszcze mój dziadek był całkiem małym chłopcem krążyła po okolicy banda. Czy to byli dezerterzy, czy pobici najemnicy, czy po prostu zwykli bandyci, nieważne, teraz już nikt nie pamięta. Ważne było to że zima owego roku była bardzo ostra, śnieg sypał okrutnie. Wieś jaka by nie była zabita dechami, miała w ciepłe chałupy i jakieś zapasy coby tę zimę przetrwać. Bandyci tego nie mieli, siedzieli gdzieś w okolicznych jaskiniach cierpiąc głód i chłód. W normalniejszych czasach może by się im pomogło, ale czasy nie były normalne. Z powodu wojny, co to już nikt nie pamięta o co się toczyła, podatki były wysokie, plony niskie a i część naszych poszła w zaciąg do hrabiego. Nie było chałupy w której by się przelewało.
Bandyci jak to bandyci, postanowili złupić naszą wieś, a jak by dobrze poszło to i poczekać w chatach do wiosny. Szczęściem w nieszczęściu plany napaści podsłuchał pradziad Jontka, chyba zresztą też mu Jontek było. Co robił w jaskini, nie wiadomo, matce się potem tłumaczył że po chrust poszedł, tylko skąd chrust w jaskini? Fakt jest faktem że podsłuchał jak herszt wymyślił cichcem wieczorem do wsi przyjść, drzwi chałup pozastawiać a potem pojedynczo otwierać i po kolei mordować jak leci. Siedli chłopy w karczmie i radzić zaczęli co począć. Do obrony się niewielu nadawało, uciekać nie było gdzie a i w takim śniegu to daleko by nie uciekli, do hrabiego po pomoc posyłać, za daleko. Po kolejnej godzinie gdzie nic ustalić nie mogli do sali wszedł młody szewski pomocnik Cholewka i o posłuchanie grzecznie poprosił. I rzecze im tak "pogaście ognie we wsi, drzwi i okiennice pozawierajcie, kozom dzwonki poodczepiajcie i niech nikt hałasu żadnego nie czyni. Bandyci obcy są w tych stronach, po zmroku uda się ich wyprowadzić na manowce. A jak już im rzycie poodmarzają to im damy rady." Nic starsi lepszego nie wymyślili, to i młodego posłuchali. Ognie pogasić kazali, chałupy pozamykać i cicho siedzieć, a Cholewka wziął kilka pochodni, dzwonków bydlęcych, jakieś klekotki i w las poszedł. W lesie pochodnie pozapalał, na dzwonkach pogrywał, hałasy jakieś czynił i zanim się bandyci zorientowali, pół nocy minęło. Na koniec, zgodnie z planem, dzielny chłopak kompletnie przemarzniętych i skostniałych bandytów do wsi sprowadził. A tam już wszyscy na nich czekali. Kto co w obejściu miał, kose, widły czy cepy, wszystko w ruch poszło. Nawet się nie bardzo bronić mogli, tylko o zlitowanie prosili. Ulitowali się nad nimi chłopi, w loszku zamknęli i uradzili, że za wszelkie przewiny mają rok za parobków służyć. Później się okazało że większość z nich to całkiem porządne chłopy i po zakończeniu pokuty większość u nas została. Tak nasza wioska uratowana została. Od tego czasu na pamiątkę dzielnego Cholewki, srogiej zimy i ku pamięci tego że nawet największy bandyta może na dobrą drogę wrócić jak mu się solidnie plecy wygarbuje, co roku obchodzimy to święto. Przez cały dzień nie palimy ognia, nie robimy hałasu. Nocą zaś młodzi chodzą poprzebierani od chałupy do chałupy i jak kto się nie wykupi jadłem jakowymś czy kieliszkiem gorzałki to mu skórę dla zabawy wygarbują. Jednak jak który gospodarz co na sumieniu ma, chciwy był czy chytry to uważać musi, bo często mu się prawdziwe razy dostaną, tak ku opamiętaniu. A dnia następnego to normalnie już świętujemy, i jedzenie jest, i gorzałka i potańcówka. 

Na pomysł tego posta wpadłem zaraz po świętach, ale jakoś czasu i weny nie miałem, tak że dopiero teraz udało mi się go skończyć.
Siedziałem tak sobie z pełnym brzuchem myśląc o naszej ulubionej rozrywce i tknęło mnie, że w bardzo niewielu przygodach zdarzają się święta, zwłaszcza lokalne. Zdarzają się i owszem, święta związane z porami roku, przesilenia, Noc Kupały, czasem jakieś święto religijne. Choć szczerze powiem w większości światów fantasy z którymi się zetknąłem, temat ten jest potraktowany mocno po macoszemu. Niby tych bogów jest jak ulęgałek, ale poza "charakterem", kilkoma specjalnymi mocami którymi mogą obdarzyć swoich wyznawców, właściwie niczym się nie różnią. Gdzie cała mitologia? Dlaczego to bóstwo nienawidzi tamtego a innemu sprzyja? Dlaczego wyznawcy w dany dzień poszczą a w inny świętują? Rozumiem że podręczniki do RPG nie są z gumy, ale nasi MG zazwyczaj też nie wykazują się jakimś polotem w tej sprawie.

 Postanowiłem napisać więc mini poradnik. Żeby nasze święto miało "ręce i nogi" warto zastanowić się nad kilkoma punktami:

1. Kiedy świętujemy
Czy to będzie pierwszy dzień wiosny, 13 dni po tym jak lód zacznie pękać na lokalnym stawie czy podczas pierwszej pełni po zakończeniu zbiorów. Trzeba ustalić jakiś termin, i wcale nie musi to być konkretna data, wystarczy jeśli jasno da się ustalić kiedy to ma być. Vide wielkanoc. Co więcej, nie musi to być jeden dzień, może być kilka, ba, nawet cały miesiąc czy rok.

2. Dlaczego świętujemy
Co takiego się wydarzyło że warto o tym pamiętać? Ktoś się urodził, umarł, zrobił coś wielkiego czy głupiego, może po prostu zabawnego i ludzie chcą to pamiętać? A może po prostu jest to radość z przeżycia kolejnej zimy czy dobrych zbiorów? Równie dobrze może to być rocznica podpisania pokoju po wielkiej wojnie, urodziny króla, czy tak jak w opowiastce powyżej pamiątka uratowania wsi przed bandytami. Musi to być coś charakterystycznego. Dobre święto poznać po tym, że Wasi gracze nawet po pewnym czasie będą kojarzyć o co chodziło w tej wielkiej popijawie 23 października. 

3. Czym ten dzień różni się od innych
Święto musi się czymś wyróżniać. Czy to będzie fakt jedzenia ohydnej ryby, malowanych jajek na twardo, dawanie prezentów, robienie głupich dowcipów czy podpalenie opon i powieszenie kukły ubranej na niebiesko - nieważne. Po prostu musi się to robić tylko i wyłącznie tego dnia. Dobrze by było gdyby te wydarzenia były jakoś powiązane z tym dlaczego świętujemy, w sumie Tradycja to takie fajne imię dla dziewczynki, ale równie dobrze mogły pojawić się później jako nawiązanie do wcześniejszej historii. Na przykład rocznica śmierci króla po kilku(set) latach staje się okazją do wielkiej fety bo władca w sumie był draniem i tyranem. Czy to jest raczej skromna uczta w gronie rodzinnym, czy też może wielka procesja za kapłanem wokół murów miejskich?

4. Menu
Zazwyczaj święta łączą się z jedzeniem i piciem, no może poza tymi gdzie dla odmiany nic się nie je, ale to w sumie też można potraktować jako formę menu świątecznego. Jeśli już jest jedzenie, to też może być charakterystyczne tylko dla tego święta jak wcześniej wspomniana ryba. (Ktoś w ogóle jada karpie poza grudniem?) Jeśli jeszcze do tego zostanie wymyślone dlaczego akurat takie a nie inne potrawy spożywa się tego dnia, to tylko pomoże w uatrakcyjnieniu okoliczności.

5. Dodatkowe atrakcje
Czy oprócz wyżej wymienionych rzeczy, robi się coś jeszcze? Czy po skromnym rodzinnym śniadaniu i wizycie w świątyni robi się jeszcze coś ciekawego? Wcale nie muszą to być rzeczy charakterystyczne dla danego święta, raczej ogólnie związane ze świętowaniem w świecie Waszych przygód. Może organizowany jest turniej rzucania laserowym freesbie, wyścigi w beczkach czy może gonitwa z bykami? A może czarodzieje organizują pokaz sztucznych ogni a DJ'e potańcówkę w remizie?

6. Tabu/tajemnica
Jako dodatkową "wisienkę na torcie" można do takiego święta dołożyć jakieś "tabu". Na przykład, kto danego dnia przelał krew/jadł śliwki/ubrał się na zielono nie może uczestniczyć w uroczystości. Czy też może najpiękniejsza dziewica i zwycięzca zawodów strzeleckich po tym jak zostaną ukoronowani dębowymi liśćmi na królową i króla święta, po zachodzie słońca zostają złożeni w ofierze potworowi żyjącemu w jaskini pod miastem.

Święta oczywiście mogą być większe i mniejsze, obchodzone przez zamkniętą grupę etniczną czy ogólnopaństwowe. Może się tak zdarzyć, zwłaszcza w przypadku świąt państwowych i religijnych, że dane święto dla jednej grupy będzie to okazja do wielkiej fety a dla innej pamiątka wielkiej tragedii. 

Oczywiście trzeba to wszystko robić z głową, święta nie powinny występować zbyt często i nie powinny być zbyt powszechne. Niech to będzie coś na co wszyscy cały rok czekają, a wtedy same przygotowania do świętowania mogą być ciekawym tłem dla Waszych przygód. 

P.S. Mam zamiar dorobić moduł "świąteczny" do mojego generatora, ale o tym napiszę następnym razem.

sobota, 2 lutego 2013

Wielkie koszty zamknięcia wodnej bramy.

Kolejne trzy (sic) sesje za nami, a mnie nie udało mi się napisać na czas sprawozdania. Na szczęście grupie udało się, choć nie bez problemów, powstrzymać wroga i z pomocą przyjaciół zawalić wyjście z płaskowyżu zwane "Wodną Bramą".

Nie będę opowiadał farmazonów, malownicze opisy walk które toczyły się w tunelach trzeba było relacjonować na bieżąco, tak jak to robił MG na obsydianie. Potem nie dość że pamięć zawodzi to i nie wydają się tak malownicze. Mnie się to nie udało, więc wyszło jak zwykle. Podsumowując, nawet pobieżnie, walki w tunelach muszę jednak wspomnieć o kilku ważnych wydarzeniach. Po pierwsze i najważniejsze, straciliśmy naszego wiernego towarzysza i wodza - Koukasha. Po zakończeniu walk Simeon ciężko pracował jako nasza pomoc medyczna i skończyły mu się zioła, postanowił więc w wolnej chwili ruszyć na okoliczne pagórki i poszukać jeszcze jakiegoś zielska, w ramach obstawy na ochotnika zgłosił się Koukash. Niestety nie upilnowaliśmy go, sam był ciężko ranny i nie powinien nigdzie wychodzić. Niedługo po tym jak wyszli do lasu z krzaków wyskoczyły Wargi którym wcześniej udało się przebić przez nasze szeregi. Wódz nasz dzielnie stanął w obronie towarzysza blokując drogę potworom. Umożliwiło to wprawdzie bezpieczną ucieczkę Simeona i powiadomienie reszty o tym co się dzieje, ale zanim dotarliśmy na miejsce już było za późno... Ciało złożyliśmy w tunelu który miał być zawalony, a przed wejściem Simeon wyrył na skale napis "Tu leży Koukhash - potężny wojownik, zginął śmiercią heroiczną. Przechodniu powiedz Paezuri, że leżę tu posłuszny jej prawom".

Tunel udało się zawalić zgodnie z planem, choć zdążył się jeszcze jeden podejrzany wypadek. Otóż główny krasnoludzki inżynier który nadzorował prace został w tunelu! Nie wiem czy zrobił to specjalnie, czy wydarzył się jakiś wypadek, ale czuję pod skórą że jeszcze go spotkamy.

Powrót do Talzanii z jednej strony przypomina kondukt żałobny, ale z drugiej widać że dla miejscowych to wielkie święto. Po raz pierwszy od dawna nie są narażeni na podjazdy ze strony mieszkańców Płaskowyżu. Z uczty która później nastąpiła, pamiętam bardzo niewiele i nie pytajcie dlaczego. Mam tylko nadzieje że nie będę ojcem. Jedyny moment który z niewiadomych przyczyn kołacze się po głowie to zniknięcie Broula. Coś wspomniał o jakiejś zapłacie i zniknął. Jak się później okazało, załatwił nas bez mydła :/

Rankiem każdy został poproszony do wodza osady gdzie można powiedzieć, że rachunki z wsią zostały wyrównane, choć ja mam poważne podstawy sądzić że jeszcze nie byłem trzeźwy. Dodatkowo jako grupa zostaliśmy honorowymi mieszkańcami i dostaliśmy chatę Noglimaxa.

W naszej nowej chacie po śniadaniu ustalamy co robić dalej. Staje na tym, że na razie wracamy do Trzewii gdzie spróbujemy uzupełnić zapasy, odebrać długi i zamówione towary, a potem się zobaczy. Po szybkim pożegnaniu z mieszkańcami ruszamy mniej więcej tą samą trasą którą tu dotarliśmy. Podróż przebiega bez problemów, a jedyną ciekawostką jest to że w oddali napotykamy polankę na której stoją jakieś ruinki. Zapada decyzja żeby zbadać co to jest, ale ruinki okazują się czymś w rodzaju pręgierza, ot kamienny słupek z metalowym kołem na szczycie. W sumie nic ciekawego, pytanie po co komu pręgierz w środku lasu? A może to nie pręgierz tylko jakieś miejsce składania ofiar dzikim bestiom? Dziwne to bardzo, ale ruszamy w dalszą podróż. Po drodze odwiedzamy jeszcze grób Koukasha, a że zrobiło się już późno postanawiamy spędzić tam noc. Następnego dnia docieramy do lasu Odległych Szeptów gdzie pod wieczór udaje nam się koncertowo zgubić, na szczęście dzieje się to na "zmianie" Nuadu, więc nadal mogę brylować za najlepszego łowcę i tropiciela w okolicy :)

Chwilę po tym jak rozbijamy obóz prawie włazi nam do ogniska jakiś dziwny osobnik ciągnący muła na powrozie. Wygląda wprawdzie jak dwustuletni traper ale nadspodziewanie szybko potrafi zmaterializować kuszę w ręku. Na szczęście okazuje się w niegroźny, na imię ma Luka (muła nazywa Ingotem). Okazuje się że traper jest niezłym gawędziarzem i sporą część nocy spędzamy na słuchaniu opowieści o jego przygodach w okolicznych lasach. Niejako przy okazji Luka opowiada nam o dziwnym miejscu gdzie podniesiona rzeka wymyła kawał brzegu i widać teraz jakoweś ruiny, i za uczciwy udział w ewentualnych zyskach pokarze nam to miejsce. Rankiem ruszamy w dalszą drogę i okazuje się że do Trzewii był przysłowiowy "rzut kamieniem".

Szybki rajd po sklepach i odkrywamy straszną rzecz - cała nasza gotówka zmieniła się w suche liście!!! Najbardziej szlag trafia Kaszkura (nowa postać Tomka) który wykrzykuje "Winnego trzeba znaleźć, 70 litrów wódki poszło w pizdu”. Próbując zasięgnąć języka u miejscowych, od Gerrissa dowiadujemy się o legendzie jakoby to krążyła po wyspie pewna istota pomagająca ludziom w potrzebie, ale nie wynagrodzona odpowiednio wspomina coś o koniecznej zapłacie i znika. Po jakimś czasie okazuje się że znikają wszelakie monety. Coś wam to przypomina? Dobrze żę akurat gotówki mieliśmy niewiele a główna część skarbu była w klejnotach. Przy okazji znów nieoceniony okazał się Kaszkur "Wyciulali nas po całości, jeszcze w legendzie o tym będzie"

Przed zakończeniem sesji udaje nam się jeszcze odwiedzić rymarza, gdzie okazuje się że nasze nowe zbroje to będą gotowe... za kilka miesięcy. Nuadu prawie się załamał, bo niemalże z gołą rzycią biega, Nicto zamówimy mu zbroję u Zywalta, za tydzień powinna być. Na koniec Nuadu wyciągnął z betów wypasione pudełko z jeszcze bardziej wypasioną lunetą i zamówił sobie tubus, nieźle się obłowił w Talzanii. Ja nadal słabo wierzę co tam widziałem po imprezie...

Mimo że prawie "nic" się nie działo, jakoś wyjątkowo miło mi się grało. Mam też nadzieje że Tomek na dłużej z nami zabawi, bo zapowiada się kolejna barwna postać. Tylko Koukasha szkoda... [ ' ]