Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rocranon. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rocranon. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 8 stycznia 2015

50 sesji minęło jak jeden dzień...

"Stało się to na co czekałem dobre pół roku – odbyła się pierwsza sesja w nowym “settingu” Tsara – “Skrzydła Rocranon”. ... Była to sesja pełna nowinek, bo i nowa kampania i po raz pierwszy sesja odbywała się “on line” na nowej dla nas platformie. Kolejnym zaskoczeniem było to, że gracze w komplecie z MG pojawili się pół godziny PRZED sesją! Choć z drugiej strony nie ma się co dziwić bo skład był sprawdzony i zawsze pojawiał się na umówione spotkania. Tak czy inaczej fakt warto odnotować.

W sesji udział wzięli:

  • Tsar – MG
  • Żuku – Nuadu – wojownik
  • Parasit (ja) – Keffar Twardziel – także wojownik, tylko lepszy :>

 

Z kronikarskiego obowiązku wspomnę jeszcze o WojCiechu, który jeszcze nie miał postaci za to miał problemy techniczne, więc w sesji uczestniczył głównie duchem..."

Tak właśnie zaczęło się to 23 sierpnia 2012, ponad dwa lata temu. W zeszłym tygodniu "stuknęła" nam pięćdziesiątka !!!
Jak dla mnie to jest absolutny rekord, nigdy, a gram w eRPGie już dobre... 18 lat... nie grałem tak długo u jednego mistrza jednej "kampanii". I powiem Wam jedno, to coś niesamowitego. Przyzwyczajony do gier komputerowych w których awansuje się bardziej niż szybko, momentalnie zostałem sprowadzony na ziemię. Po pięćdziesięciu sesjach, na których chyba jako jedyny z graczy mam 100% obecność, ledwo dochrapałem się czwartego poziomu. No dobrze, mogę powiedzieć że czwartego i pół :) Zgroza, to wychodzi poziom na pół roku :)

W międzyczasie niektórzy nas opuścili, i mam tu na myśli zarówno graczy jak Żuku, grający łowcą (choć tym słabszym) Nuadu , jak i postacie, gdzie nieszczęsny prym bierze pierwsza śmiertelna ofiara wśród naszych postaci nieodżałowany i bohaterski rycerz Koukash. Pojawili się też nowi gracze, pojawiły nowe postacie, były nowe miejsca, tylko zabawa pozostaje ta sama. I przyznać muszę że zamiast się nudzić starzeje się jak dobre wino, nabiera ciągle nowych odcieni i smaczków. A po każdej przerwie czuję się jakbym wracał w dobrze znane miejsce w którym się po prostu dobrze czuję. 

Jako że nowa sesja zaczyna się lada moment, a mnie życie "pozaeRPGowe" nie pozwoliło napisać tego postu wcześniej jak planowałem, chciałem wszystkim współgraczom podziękować za pierwszą pięćdziesiątkę i życzyć oczywiście kolejnej co najmniej setki :)

Najgorętsze jednak podziękowania zostawiam na koniec i pragnę skierować je do naszego ulubionego Mistrza Gry - Sławka. Za ogrom pracy której nawet nie widzimy, a pewnie i często nie doceniamy :) Cierpliwość do naszego marudzenia "mam za mało zręczności"/"znów nam obcinasz HP", Munchkinowania "jak sprzedamy tę księgę za 400 to dostaniemy level", żądania większych skarbów i lepszych mieczy, szukania dziury w całym "a po cholerę tartak na wzgórzu" i całej reszty którą doprowadzamy Cię do szewskiej pasji. Jeszcze raz:

Dziękujemy!!!

P.S. Może w komentarzach dopiszecie Wasze wspomnienia z tej pierwszej 50?

sobota, 9 lutego 2013

Oj moja biedna głowa...

W poprzedniej, dziewiętnastej już sesji udział wzieli:
Kaszkur, Nuadu,  SImeon i autor tego pamiętnika Keffar.

Po ostatnich przygodach wylądowaliśmy w Trzewiach gdzie w końcu udało się wyspać pod dachem, najeść do syta i wypić coś więcej niż wodę. Po zastanowieniu stwierdziłem, że chyba jednak się człowiek za bardzo do luksusu przyzwyczaja, bo co to? Raptem dwa dni byliśmy w lesie a już się luksusów zachciewa. Kiedyś jak się żyło z polowania, to i kilka miesęcy człowiek łóżka nie widział i wszystko było dobrze, ech starość nie radość. 

Rankiem po spokojnej nocy "U Maryny", wyruszamy do Japvena, może on coś będzie wiedział o tym zielsku co go Simeon dla brata szuka? Ruszyliśmy jak cywilizowane ludzie drogą na południowy wschód, daleko nie uszliśmy gdy Nuadu zauważył na południu krążące wielkie ilości ptaszydeł, głównie padlinożerców. Ani chybi coś się stało, może kto jeszcze żyje i pomocy potrzebuje. Oczywiście Kaszkur zaraz coś zaczął przebąkiwać o przedmiotach potrzebujących nowego właściciela, ale kto by go tam słuchał. Ostrym marszem ruszyliśmy na południe przez wzgórza i po chwili już było widać las, a na jego skraju chałupkę. Właśnie nad tą chałupą krążyły ptaki. Tu po raz pierwszy przydał się nowy teleskop Nuadu, za jego pomocą okazało się że kręcą się tam jacyś ludzie, ale nie sprawiają wrażenia że robią coś złego. Po chwili wszystko stało się jasne, mamy do czynienia raczej z rzeźnią niż jakimś pobojowiskiem. Rzeźnią w sensie dosłownym, właśnie jej właściciel Boenda sprawiał transport owieczek ze stada wdowy Falery (poznaliśmy ją tydzień temu). Swoją drogą będę musiał usiąść wieczorem i dokładnie dni policzyć, bo już mi się wydaje że jesteśmy rok na Rocranonie a na rozum wiem że nawet jeden księżyc nie minął. Boenda i jego córka Sobi okazali się moimi krajanami, umówiliśmy się zatem że jeszcze porozmawiamy dłuże jak go odwiedzimy z jakąś butelczyną i ruszyliśmy w dalszą drogę, tym razem na przełaj. 

Nie minęło wiele czasu jak znaleźliśmy chatkę Japvena tylko niestety gospodarza nie było. Pogoda była piękna, nigdzie nam się nie śpieszyło, to rozłożyliśmy mały biwaczek. Simeon z Nuadu poszli szukać ziółek (wokół domu zielarza, buhaha) a ja z Kaszkurem zajęliśmy się obiadem. Zanim peklowana wołowina zdąrzyła zmięknąć nadszedł Japven.

Noc spędziliśmy u zielarza, przy okazji dowiedzieliśmy się kilku ciekawych rzeczy o ziółkach, Simeon próbował się czego ś o ostrokrewie nauczyć, chyba mu nie wyszło. Trochę pogadaliśmy o okolicy, że na południu tu jest ładne jezioro, ale ostatnio zarasta jakimś dziadostwem, albo że wyspa Senna na której żyje zielacha jest całkiem blisko. Do tego rozpracowaliśmy znaczną część zapasu alchemicznej gorzałki, wieczór uznaję więc za udany. 

Wspomniana wcześniej gorzałka alchemiczna, naprawdę musi być zacnej czystości bo nikogo, nawet Nuadu, rano głowa nie bolała. W wyśmienitych chumorach postanowiliśmy zatem odwiedzić Boenda, tylko jeszcze uzupełniliśmy zapasy w Trzewiach i zgodnie z obietnicą, zaopatrzeni w napoje wyskokowe pod wieczór zapukaliśmy do drzwi rzeźnika. 

Nie chcę wnikać czy tym razem gorzałka była gorsza, kolejny dzień picia, czy też  przez mieszanie z piwskiem, fakt jest faktem że rankiem Nuadu nie nadawał się do życia. Prosił żeby mu dać wody, dobić i generalnie zostawić w spokoju.  On jednak jakiś taki chorowity jest, jakoś wcześniej na to nie zwróciłem uwagi. 

Następne dwa dni przeznaczamy na generalny odpoczynek, rekonwalescencje i czyszczenie ekwipunku, a jedyne co się ciekawego dzieje to spotkanie z kapitanem Petlaminem, który wprawdzie czuje się trochę lepiej, ale na morze się jeszcze nie nadaje. Pomieszkuje więc u Maryny i nabiera sił. Za to że uratowaliśmy mu życie obiecał nam darmowy transport na wyspę Senną, myśle że skorzystamy z tej pomocy, ale to jeszcze nie teraz.

Po dwóch dniach byczenia się pojawił się Luca i jako że byliśmy już spakowanie praktycznie od razu ruszyliśmy na zachód.

Zdążyliśmy minąć szubiennicę, gdy u naszego MG zaczęły się jakieś problemy techniczne i zakończyliśmy sesję. 
Po czasie przypomniałem sobie że mieliśmy robić wieczorne podsumowania, min. liczenie wydanej kasy, zjedzonego jedzenia itp, ale znów o tym zapomnieliśmy :) Poza tym sesja była udana, mimo że prawie nic się nie działo, udało nam się nawet "przeskoczyć" dwa dni, choć w sumie nie zostały wykorzystane jakoś super sensownie :)  

sobota, 2 lutego 2013

Wielkie koszty zamknięcia wodnej bramy.

Kolejne trzy (sic) sesje za nami, a mnie nie udało mi się napisać na czas sprawozdania. Na szczęście grupie udało się, choć nie bez problemów, powstrzymać wroga i z pomocą przyjaciół zawalić wyjście z płaskowyżu zwane "Wodną Bramą".

Nie będę opowiadał farmazonów, malownicze opisy walk które toczyły się w tunelach trzeba było relacjonować na bieżąco, tak jak to robił MG na obsydianie. Potem nie dość że pamięć zawodzi to i nie wydają się tak malownicze. Mnie się to nie udało, więc wyszło jak zwykle. Podsumowując, nawet pobieżnie, walki w tunelach muszę jednak wspomnieć o kilku ważnych wydarzeniach. Po pierwsze i najważniejsze, straciliśmy naszego wiernego towarzysza i wodza - Koukasha. Po zakończeniu walk Simeon ciężko pracował jako nasza pomoc medyczna i skończyły mu się zioła, postanowił więc w wolnej chwili ruszyć na okoliczne pagórki i poszukać jeszcze jakiegoś zielska, w ramach obstawy na ochotnika zgłosił się Koukash. Niestety nie upilnowaliśmy go, sam był ciężko ranny i nie powinien nigdzie wychodzić. Niedługo po tym jak wyszli do lasu z krzaków wyskoczyły Wargi którym wcześniej udało się przebić przez nasze szeregi. Wódz nasz dzielnie stanął w obronie towarzysza blokując drogę potworom. Umożliwiło to wprawdzie bezpieczną ucieczkę Simeona i powiadomienie reszty o tym co się dzieje, ale zanim dotarliśmy na miejsce już było za późno... Ciało złożyliśmy w tunelu który miał być zawalony, a przed wejściem Simeon wyrył na skale napis "Tu leży Koukhash - potężny wojownik, zginął śmiercią heroiczną. Przechodniu powiedz Paezuri, że leżę tu posłuszny jej prawom".

Tunel udało się zawalić zgodnie z planem, choć zdążył się jeszcze jeden podejrzany wypadek. Otóż główny krasnoludzki inżynier który nadzorował prace został w tunelu! Nie wiem czy zrobił to specjalnie, czy wydarzył się jakiś wypadek, ale czuję pod skórą że jeszcze go spotkamy.

Powrót do Talzanii z jednej strony przypomina kondukt żałobny, ale z drugiej widać że dla miejscowych to wielkie święto. Po raz pierwszy od dawna nie są narażeni na podjazdy ze strony mieszkańców Płaskowyżu. Z uczty która później nastąpiła, pamiętam bardzo niewiele i nie pytajcie dlaczego. Mam tylko nadzieje że nie będę ojcem. Jedyny moment który z niewiadomych przyczyn kołacze się po głowie to zniknięcie Broula. Coś wspomniał o jakiejś zapłacie i zniknął. Jak się później okazało, załatwił nas bez mydła :/

Rankiem każdy został poproszony do wodza osady gdzie można powiedzieć, że rachunki z wsią zostały wyrównane, choć ja mam poważne podstawy sądzić że jeszcze nie byłem trzeźwy. Dodatkowo jako grupa zostaliśmy honorowymi mieszkańcami i dostaliśmy chatę Noglimaxa.

W naszej nowej chacie po śniadaniu ustalamy co robić dalej. Staje na tym, że na razie wracamy do Trzewii gdzie spróbujemy uzupełnić zapasy, odebrać długi i zamówione towary, a potem się zobaczy. Po szybkim pożegnaniu z mieszkańcami ruszamy mniej więcej tą samą trasą którą tu dotarliśmy. Podróż przebiega bez problemów, a jedyną ciekawostką jest to że w oddali napotykamy polankę na której stoją jakieś ruinki. Zapada decyzja żeby zbadać co to jest, ale ruinki okazują się czymś w rodzaju pręgierza, ot kamienny słupek z metalowym kołem na szczycie. W sumie nic ciekawego, pytanie po co komu pręgierz w środku lasu? A może to nie pręgierz tylko jakieś miejsce składania ofiar dzikim bestiom? Dziwne to bardzo, ale ruszamy w dalszą podróż. Po drodze odwiedzamy jeszcze grób Koukasha, a że zrobiło się już późno postanawiamy spędzić tam noc. Następnego dnia docieramy do lasu Odległych Szeptów gdzie pod wieczór udaje nam się koncertowo zgubić, na szczęście dzieje się to na "zmianie" Nuadu, więc nadal mogę brylować za najlepszego łowcę i tropiciela w okolicy :)

Chwilę po tym jak rozbijamy obóz prawie włazi nam do ogniska jakiś dziwny osobnik ciągnący muła na powrozie. Wygląda wprawdzie jak dwustuletni traper ale nadspodziewanie szybko potrafi zmaterializować kuszę w ręku. Na szczęście okazuje się w niegroźny, na imię ma Luka (muła nazywa Ingotem). Okazuje się że traper jest niezłym gawędziarzem i sporą część nocy spędzamy na słuchaniu opowieści o jego przygodach w okolicznych lasach. Niejako przy okazji Luka opowiada nam o dziwnym miejscu gdzie podniesiona rzeka wymyła kawał brzegu i widać teraz jakoweś ruiny, i za uczciwy udział w ewentualnych zyskach pokarze nam to miejsce. Rankiem ruszamy w dalszą drogę i okazuje się że do Trzewii był przysłowiowy "rzut kamieniem".

Szybki rajd po sklepach i odkrywamy straszną rzecz - cała nasza gotówka zmieniła się w suche liście!!! Najbardziej szlag trafia Kaszkura (nowa postać Tomka) który wykrzykuje "Winnego trzeba znaleźć, 70 litrów wódki poszło w pizdu”. Próbując zasięgnąć języka u miejscowych, od Gerrissa dowiadujemy się o legendzie jakoby to krążyła po wyspie pewna istota pomagająca ludziom w potrzebie, ale nie wynagrodzona odpowiednio wspomina coś o koniecznej zapłacie i znika. Po jakimś czasie okazuje się że znikają wszelakie monety. Coś wam to przypomina? Dobrze żę akurat gotówki mieliśmy niewiele a główna część skarbu była w klejnotach. Przy okazji znów nieoceniony okazał się Kaszkur "Wyciulali nas po całości, jeszcze w legendzie o tym będzie"

Przed zakończeniem sesji udaje nam się jeszcze odwiedzić rymarza, gdzie okazuje się że nasze nowe zbroje to będą gotowe... za kilka miesięcy. Nuadu prawie się załamał, bo niemalże z gołą rzycią biega, Nicto zamówimy mu zbroję u Zywalta, za tydzień powinna być. Na koniec Nuadu wyciągnął z betów wypasione pudełko z jeszcze bardziej wypasioną lunetą i zamówił sobie tubus, nieźle się obłowił w Talzanii. Ja nadal słabo wierzę co tam widziałem po imprezie...

Mimo że prawie "nic" się nie działo, jakoś wyjątkowo miło mi się grało. Mam też nadzieje że Tomek na dłużej z nami zabawi, bo zapowiada się kolejna barwna postać. Tylko Koukasha szkoda... [ ' ]

sobota, 5 stycznia 2013

Czerwone brygady

Kolejna, już piętnasta, sesja za nami, a ja po małej przerwie wracam do obowiązków kronikarza. W sesji udział wzieli: Mg, Finnor, Gorluk (nowa postać, witamy kolejnego gracza na pokładzie), Keffar, Koukash oraz Simeon. 

Dla przypomnienia, ostatnia sesja skończyła się na wyprawie do świątyni czy grobowca, który nasza sekcja mózgowców określiła jako "krasnoludzkie". Chcieli ją dokładnie zbadać, niestety nic z tego nie wyszło bo w korytarzu napotkaliśmy całkiem sporą grupkę czerwonoskórych. Tak, tak, czerwonoskórych goblinów, niestety zapomniałem sprawdzić czy są pomalowane czy taki mają odcień skóry. Nicto, sprawdzi się następnym razem. Gobliny chyba były równie zaskoczone co my, więc nie zastanawiając się specjalnie długo wycofaliśmy się na z góry upatrzone pozycje, to znaczy na pierwszą barykadę.

Za barykadą szybko podzieliliśmy obowiązki, ustawiliśmy szyki i czekamy. Początkowo wszystko szło zgodnie z przewidywaniami, gobliny wpadły w pierwszą pułapkę i świece dymne skutecznie uniemożliwiły im ostrzał naszych pozycji (mózgowcy 1, gobliny 0). Jak tylko zaczęły wyłazić ze ściany dymu udało mi się celnym strzałem w oko położyć pierwszego goblina (mięśniaki 1, gobliny 0). Swoją drogą to był chyba mój najbardziej fartowny rzut do tej pory, 20 na trafienie (na k20) czyli trafienie krytyczne i obrażenia x2, a następnie 6 (na k6) na obrażenia.

Niestety później już nie było tak różowo. Nie dość że czerwonoskórzy rozpoczęli ostrzał i Koukash zarobił trzy strzały, to jeszcze wylazł jakiś ichni szaman i magicznymi mocami znacznie osłabił wolę walki po naszej stronie. Koukash nie ułomek więc jakoś się trzymał, ale walka była bardzo zażarta i gdy tylko gobliny wdarły się na barykadę udało się im powtórzyć mój wyczyn (20 a potem 6). Nasz nowy towarzysz Gorluk dostał prosto w twarz ciężko okutą pałą ponosząc śmierć na miejscu (drużyna 4, gobliny 1). Zaczynało się robić naprawdę nieciekawie, przeciwnicy praktycznie przedzierali się już przez nasze umocnienia gdy sytuację, po raz kolejny, uratował Finnor. Znanym nam już czarem uśpił większość atakujących, a reszta nie wiedząc co się dzieje czym prędzej uciekła. Bitwa była wygrana! Koukash wprawdzie wpadł w szał bojowy i próbował tarczą atakować martwe już gobliny, ale jakoś w trzech chłopa udało się go uspokoić. 

Podczas przeszukania trupów i uśpionych okazało się, że jeden z goblinów odrobinę większy od reszty, ubrany był w dobrze wykonaną krasnoludzką kolczugę a w rękach dzierżył porządną tarczę i nadziak. Oględziny wykazały że wprawdzie kolczuga jest dla nas za mała, ale nadziak jest magiczny !!! Jeszcze nie wiadomo czym się ta magia objawia, ale jest co świętować to w końcu pierwszy egzemplarz magicznej broni w naszym arsenale. Tak wspaniałą broń mógł oczywiście przejąć tylko nasz dowódca - Koukash. Z samym szefem goblinów nie bardzo dało się porozumieć bo znał tylko kilka słów po naszemu, głównie "śmierć", a i nasza drużyna słabo zna goblini. Finalnie, z braku lepszych pomysłów, został przywiązany do barykady.

Wieczór przebiegał dość spokojnie, większość wcześniej walczących odpoczywała w jaskiniach i poza małym zwiadem koboldów nie działo się nic ciekawego. Ciekawie zaczęło się robić dopiero koło północy gdy warta z pierwszej barykady dała znać że w korytarzu stoi samotny goblin ze szmatą na kiju. Tak jak podejrzewaliśmy chcieli gadać, dość dobrze zbudowany goblin płynnym wspólnym wyjaśnił, że jeśli wypuścimy jego klan to oni sobie spokojnie odejdą i nie będą nam przeszkadzać w dalszym zawaleniu korytarzy. Jak dla mnie był coś za sprytny i pewnie zaraz po tym jak byśmy ich wypuścili, zaatakowali by nas od tyłu. Niestety dopiero po pewnym czasie przyszła mi do głowy myśl, że to my moglibyśmy ich rozbroić a następnie zagnać do jaskini, ale na to już za późno. Nasz dowódca nie zgodził się na takie umowy i zgodnie z przewidywaniami nad ranem nastąpił kolejny atak. Tym razem atakowała nas goblinia kawaleria na Wargach. Większość udało się zatrzymać, ale tych kilku którzy się przedarli rzuciło czymś co przypominało olej na barykadę. Nasze podejrzenia potwierdziły się gdy z tylnich szeregów wroga wysunęli się łucznicy z płonącymi strzałami. Będą nas chcieli puścić z dymem...

W świecie realnym zrobiło się już późno i na tym zakończyliśmy sesję. Jak do tej pory to była chyba najkrwawsza przygoda w naszej historii, nie dość że padło na prawdę sporo czerwonoskórych, to również padł nasz towarzysz. Z niecierpliwością czekam na dalszy ciąg, choć obawiam się że możemy mieć poważne problemy w utrzymaniu co najmniej pierwszej barykady.

P.S. Trzeba na szybko wymyślić coś przeciw Wargom bo ich chyba nie braliśmy pod uwagę w naszych założeniach. 

poniedziałek, 8 października 2012

"Wind of change"

Za nami kolejna już siódma sesja i przyznam że coraz bardziej mi się takie granie podoba. Tym razem na sesji stawiła się żelazna ekipa to znaczy: MG, Finor, Nuadu i Keffar. Wprawdzie zaczęliśmy troszkę spóźnieni z powodu kilku dygresji na tematy zupełnie poboczne, na przykład o wyższości Matrixa nad świętami wielkiej nocy, ale potem poszło już gładko. A było to tak:

73 dzień pory Narodzin 
Jeszcze wieczorem po powrocie od zielarza postanowiliśmy załatwić sprawę naszych ewentualnych zeznań w sprawie kapitana Petlamina, a właściwie jego zięcia - Uznego. "Rozprawa" ma się odbyć za kilka dni, ale prawdopodobnie już nas nie będzie w Trzewiach, więc żeby nie było żadnych problemów z tego powodu złożyliśmy "świadectwo" Gerissem w sali zgromadzeń. Powiedzieliśmy szczerze jak było, to znaczy że tak naprawdę nic nie widzieliśmy bo wszystko działo się w kabinie kapitana. Spełniwszy swój obywatelski obowiązek, poszliśmy do Maryny gdzie noc nam upłynęła wyjątkowo spokojnie.

74 dzień pory Narodzin
Rankiem zgodnie z planem rankiem wyruszyliśmy w stronę targowiska Cyrkowców. Plan był prosty, wykorzystamy czas pozostały nam do wyruszenia z "dzikimi" na poznanie terenu, a niejako przy okazji poćwiczymy z Finorem strzelanie. Oczywiście zew przygody wygrał z rozsądkiem i zamiast pójść najkrótszą drogą wyruszyliśmy na przełaj przez wzgórza. Długo nie musieliśmy czekać, zza pierwszego wzgórza już było widać dym. Dym na szczęście unosił się z ogniska, a nie na przykład z dachu jakiejś chaty, a ognisko było rozpalone w środku obozu złożonego z kilku wozów. W pierwszej chwili myślałem że ponownie spotkaliśmy Zeginów, ale "rzeczywistość" przerosła najśmielsze oczekiwania. Okazało się, że obóz był częścią większej wyprawy mającej na celu "wsparcie duchowe" wiernych Kościoła Ostatecznego Porządku na Rocranonie. Wyprawą ruszyła pod przewodnictwem niejakiego Wielebnego Albsta, ale nie mieliśmy "przyjemności" poznać bo był niedysponowany. Z ciekawszych osobistości poznaliśmy Hageilona Szmaragdowego, który wyglądał jak najprawdziwszy rycerz, tylko pełnej zbroi mu brakowało. Źle mu nie życzę bo w sumie był sympatyczny, ale w lesie czy na bagnach to go nie widzę. Nuadu mało się nie zakrztusił jak usłyszał co to za jedni i w ogóle się jakiś nerwowy zrobił. Chcieliśmy z Finorem usiąść z nimi, chwilę pogadać, dowiedzieć się gdzie i po co jadą, ale zdążyliśmy tylko zjeść obrzydliwie słodką owsiankę (darowanej owsiance nie patrzy się w otręby), ale nie chcieliśmy zaogniać sytuacji i ruszyliśmy dalej.

Dalsza droga do targowiska przebiegła bez problemów, samo targowisko w pierwszej chwili szczerze mnie rozczarowało. Ot ruiny i kupa śmieci, kompletnie nic ciekawego. Już miałem się kompletenie zniechęcić do tych ruin i zaproponować szybszy powrót do miasta, gdy Nuadu podczas zbierania drewna na opał znalazł pojemniczek z biżuterią!! Widok błyskotek pobudził nasze apetyty na skarby i zaraz po rozłożeniu mini obozu rozpoczęliśmy poszukiwania. Dobrze że przypomniałem o zachowaniu ostrożności, bo chwilę później Finor znalazł... skorpiona! I to nie byle jakiego, bo wielkości sporej szkapy! Teraz jak o tym myślę, to mieliśmy więcej szczęścia niż rozumu. Zamiast uciekać gdzie pieprz rośnie postanowiliśmy pokozaczyć i rzuciliśmy się na bydle. Resztki zdrowego rozsądku zachował Nuadu i zdążył jeszcze krzyknąć żeby go okrążyć i strzelać tym kto co tam ma. Dzielnieśmy stali, celnie (umiarkowanie) strzelali i szybko biegali, a skorpion zaczął przypominać jeża zanim w końcu padł, ale jakoś się udało. Bydle padło nie tknąwszy nawet szczypcami żadnego z nasz, sukces pełen. Zupełnie "przypadkiem" okazało się, że nasz towarzysz Finor nie do końca pochwalił się swomi talentami. I nie chodzi mi tu o strzelanie, bo strzelał delikatnie mówiąc słabo, za to umie robić dziwne rzeczy. Pomachał rękami, chwycił się za głowę, tupnął dwa razy i skorpion kompletnie zgłupiał. Czary jakie czy co? Po ubiciu bydlecia zaczęliśmy szukać jego gniazda, i to był chyba najlepszy pomysł w naszej dotychczasowej karierze! Oprócz jeszcze kilku mniejszych skorpionów znaleźliśmy w gnieździe FURĘ złota!!!  Zdążyliśmy jeszcze wrócić do Trzewii i tu po raz kolejny los się do nas uśmiechnął. Okazało się że dziadek znajomego rymarza, robił kiedyś zbroje z różnych dziwnych materiałów i chętnie nam coś zrobi z pancerza skorpiona. Mam nadzieje że skoro skorpion był wielkości konia, to na co najmniej dwie może trzy lepsze skórznie starczy. Na tym zakończyliśmy grę. 

Na koniec mała dygresja w temacie skarbów. MG zaczął narzekać, że za dużo tego, że to zaburzy równowagę gry i że to kompletnie nierealistyczne żeby taka fura skarbów zwyczajnie u skorpiona leżała. Pomyślałem sobie na ten temat na spokojnie po sesji i poza argumentem o realizmie, który też można naciągnąć, z resztą argumentów się zgodzić nie mogę. Z jednej strony niby fura kasy, półtorej tysiąca złociszy, można by za to kupić... no właśnie co? Kilka mieczy? Koni? W tej zapadłej dziurze? Może jakąś tonę ryb, bo niewiele więcej. Biorąc pod uwagę ustalenie że kasa jest wspólna, drużynowa, to dzieląc to na sześć osób wychodzi na prawdę niewiele. Jak da radę kupię sobie lepszy łuk, skórznie i po pieniądzach. Że niby się o jedzenie nie będziemy teraz musieli martwić, a guzik prawda. Tak samo nie martwiliśmy się do tej pory, na więcej niż tydzień spyży nie weźmiemy a potem i tak będzie trzeba polować. Dwóch myśliwych w drużynie chyba wystarczy? Druga rzecz, przy tym stylu grania który przyjęliśmy, gdzie postacie robią się potężne przez wiedzę i powiązania a nie wyśrubowanie współczynników, lada moment będą nam potrzebni "poplecznicy". A najemnych trzeba będzie uzbroić, nakarmić, napoić a i pewnie jeszcze jakąś wypłatę będą chcieli. I z czego to wszystko? Z tych jeleni co je raz za czas złapiemy? Pamiętajmy że to był pierwszy taki stwór i nie wiadomo kiedy trafi się następny. Kolejnym problemem jest to, że z tego co zrozumiałem to sama gotówka, a stosując prosty przelicznik z mojego wcześniejszego posta to jakieś 7,5 kg złota. Trzeba to będzie albo wydać albo zakopać, przeca nie będziemy tego ze sobą nosić po lesie.

P.S. Jak zapewne zauważyliście zacząłem stosować kalendarz. Jak dobrze pójdzie to niedługo MG podzieli się z Wami jego pełną wersją.

poniedziałek, 1 października 2012

Jedziemy po zioło

Kolejna sesja za nami, tym razem obyło się bez większych problemów, za to w mniejszym składzie. Na pokład Rocranona tym razem zameldowali się: MG, Finor, Nuadu i Keffar. 

Trochę jeszcze widać, że granie w sandboxie nie jest naszym stanem "naturalnym", więc zamiast w oczekiwaniu na początek wyprawy sami szukać sobie zajęć, poszliśmy na spacer. Tak naprawdę to jeszcze sam nie wiem czy nie lepiej "przeczekać" trzy dni, deklarując chęć szkolenia w wyplataniu łapci z wikliny czy szukać guza :) Tak czy inaczej ruszamy na wschód, plan był taki żeby znaleźć lokalnego zielarza i może jakichś specyfików nakupić. W końcu (poza mną) żadne z nas twardziele i byle ślimak nas może rozsmarować. Nie uszliśmy daleko [nowy hex 1903] gdy napotkaliśmy pasące się stado "tapirów", nie wyglądały groźnie więc chciałem zastosować metodę poznawczo/kamieniową, ale Nuadu wpadł w zupełnie nie bohaterski nastrój i strasznie się zdenerwował. Jakoś tak wyszło, że mi się koniec końców ten kamień tak nieszczęśliwie z ręki wysunął że trafił jednego z tapirów w środek głowy. W tym momencie tapiry ... kompletnie nas zignorowały. Ech głupie bestie, na drugą próbę "towarzysze" mi już nie pozwolili kompletnie nie rozumiem dlaczego. 

Niedługo później napotkaliśmy ścieżkę biegnącą prostopadle do głównej drogi i po niedługiej chwili okazało się że rzeczywiście biegnie do chaty Japfena. Przy chacie zaparkowane były dwa dziwne wozy wyglądające na mieszkalne i wielce hałaśliwy kundel. Okazało się że wozy należą do nomadycznego plemienia nazywających siebie "ludem Zegin". Mam nadzieję, że nie przekręcam nazwy. Nomadzi okazują się bardzo sympatyczni i późny obiad nie wiadomo kiedy przekształca  się w zakrapianą imprezę po której postanawiamy zostać u Japfena do rana. Wieczorem nomadzi opowiadają nam, że żyli na Zeign (Rorcranonie) na długo przedtem zanim pojawili się pierwsi "ludzie" i nazywają wyspę "swoją". Pewności nie mam, ale mam wrażenie że byli tu nawet wcześniej niż elfy. Swoją drogą wychodzi jak niewiele jeszcze wiemy o tej wyspie. Warto by to nadrobić przy najbliższej okazji. Mam nadzieję, że jeszcze spotkamy "lud Zeign". 

Niestety tu miałem małą "przerwę techniczną", czekam na inne relacje żeby sprawdzić jak dużo przegapiłem. Rankiem gospodarz stwierdził, że też wybiera się do Trzewii, więc możemy wyruszyć razem. W drodze powrotnej właściwie nic ciekawego się nie dzieje, napotykamy jedynie pozostałości "targowiska cyrkowców" (uwaga! wrócić tu później i zwiedzić). Po powrocie do Trzewii, odwiedziliśmy jeszcze rannego kapitana i posłuchaliśmy niezadowolonych monopolem Zywalta rybaków, po czym zakończyliśmy sesję. Grało się bardzo przyjemnie, choć tym razem to ja padałem na twarz ze zmęczenia to znów miałem wrażenie że za krótko :)

Luźne przemyślenia na dziś. Oglądałem sobie obrazek który jest tłem do nazwy naszej kampanii, i tak się zacząłem zastanawiać czy te tytułowe "Skrzydła Rocranona" nie są aby przymocowane do czyjejś łuskowanej dupy... Coś czuję że wdepnęliśmy w dużo większe łajno niż nam się do tej pory zdawało.

środa, 26 września 2012

Halo? Słychać mnie?

Lada dzień kolejna sesja, a ja jeszcze nie spisałem co się działo na poprzedniej... Wstyd jak diabli. Jakaś mnie twórcza niemoc i nieochota dopadła bo notek innych też nie piszę, to znaczy piszę, ale zazwyczaj zaczyna się na ogólnym pomyśle a potem idzie jak po grudzie. Nie wiem czy to jesień czy inne okoliczności przyrody, ale mam nadzieję że szybko minie bo już zaczyna mnie to męczyć. Zamiast robić coś ciekawego oglądam głupie seriale albo gram w jeszcze głupsze gry (o tym będzie osobna notka, kiedyś, na pewno). Może tą notką przerwę passę marazmu.

Wracając do sesji. Takich problemów technicznych nie mieliśmy jeszcze od kiedy gramy. A to mistrz gry zepsuł mikrofon, to znów Brutal zepsuł skype'a i za Chiny Ludowe nie mógł się połączyć. U mnie też była mała apokalipsa, początkowo w ogóle nie mogłem się połączyć z internetem, później myszka stwierdziła że coś ją strzyka w kółku więc nie będzie współpracować. Na koniec system stwierdził że nie mam czegoś takiego jak mikrofon, mimo że mam dwa i rozmawiał ze mną nie będzie. Po prostu sądny dzień. Zanim zaczęliśmy grać, i to bez Brutala, mieliśmy ponad 40 minut spóźnienia. Co przy zakładanych dwóch godzinach sesji to wcale nie w kij dmuchał. W końcu udało się zacząć. Nie jestem pewien w jakiej kolejności, ale na sesję stawili się MG, Finor, Kahleen, Keffar, Koukhash i Nuadu, czyli po raz kolejny mieliśmy komplet graczy! Tak trzymać panowie!

A było to tak :)
Udało nam się w końcu zwinąć obóz, przy czym jak zebraliśmy wszystko na kupę, okazało się że samego mięsa mamy ponad 300kg. Na pięciu chłopa, MG jak zwykle nie chciał pomóc w noszeniu, całkiem sporo towaru. Zwłaszcza że mieliśmy jeszcze swoje graty i do przejścia kilkanaście kilometrów po bezdrożach. Skleciliśmy jakieś pseudo sanie i ciągnąc na zmianę ruszyliśmy na północ. Dobrze że to nie ja prowadziłęm bo chłopaki chcieli odwiedzić Dahoma, ale jakoś tak wyszło że napatoczyliśmy się na jakieś inne zabudowania. Powitała nas czerstwa babina która przedstawiła się jako Falera. Gospodyni na delikatne sugestie Koukasha o burczeniu w trzewiach wyciągnęła michę kaszy z brukwią i kwaśnego mleka czym napchaliśmy się jak trzeba. W zamian zostawiliśmy jednego z upolowanych zajęcy.

Uwaga na marginesie. Tak sobie przy okazji pomyślałem, że przydałby nam się kucharz jakiś. Póki nasze wyprawy mają po kilka dni to nie powinno być problemów, ale na dłuższą metę nie możemy się ciągle żywić samym mięsiwem. Bez warzyw i owoców to jeszcze nas jakaś słabość może dopaść, a i nie zawsze możemy mieć takie szczęście jak ostatnio i nałapać aż nadto zwierza.

Od babiny dowiedzieliśmy się jeszcze że te łuski co je znaleźliśmy w jarze, to są łuski zwierza zwanego Wężowijcą, ale co to za zwierz, czy niebiezpieczny czy też nie, tego już Falera nie wiedziała. Dała nam jeszcze jakichś ziółek do zupy i cynk o profesjonalnym zielarzu Japfenie żyjącym gdzieś na obrzeżach Trzewii. Po czym ruszamy w dalszą drogę, do Trzewii docieramy wczesnym wieczorem i od razu lądujemy "U Maryny". W karczmie oprócz lokalnych gości przebywa kilku wojaków pod bronią. Próbowałem pociągnąć ich za język, ale pewnie z powodu zmęczenia rozmowa jakoś się nie klei. Okazuje się tylko, że do wsi przypłyneli jacyś kupcy ze zbrojną obstawą pod wodzą niejakiego Talta. Reszta drużyny też jest konwersacyjnie niewydolna, więc poszliśmy po prostu spać. Koukash został naszym drużynowym skarbnikiem i ucziciwie przespał całą noc na naszej kasie. Rankiem po szybkim załatwieniu interesów z Maryną udajemy się na targ.

Tu kolejna dygresja. Całkiem sporo grosiwa zarobiliśmy na tym polowaniu, i od razu jako hyper-realiście nasunęła się myśl czy mieliśmy takiego fuksa, czy przesadziliśmy z MG w wycenie mięsa? Czyżby temat na kolejną notkę? :)

Później już właściwie były same zakupy, nie będę się zagłębiał w relację kto, co i za ile kupił. Wspomnę tylko że poznaliśmy Cadenda "Białe oko", miejscowego fachowca od robienia fajnych rzeczy ze skóry, w sumie nie udało nam się ustalić czy to bardziej rymarz czy kaletnik. Tak nas sprytnie omotał i zagadał że daliśmy mu część skór na kredyt, mam tylko nadzieje że zdaje sobie sprawę że go znajdziemy w razie czego.

W tym miejscu moja relacja się urywa, gdyż opuściłem na chwilkę szacowne grono celem wyrównania poziomu płynów w organizmie, a gdy wróciłem było już po sesji.

Tak szczerze mówiąc to mam mocny niedosyt i coraz bardziej przeszkadza mi że rano trzeba iść do pracy i głowa sama po 23'ej zaczyna opadać. Niestety to już nie te czasy gdzie można było zarywać nocki na granie, cóż starość nie radość. Następna sesja już jutro, jakoś wytrzymam. A jak będę "na głodzie" to może zacznę pracować nad swoimi projektami?

piątek, 14 września 2012

Czwarte (rozwinięte) skrzydło Rocrannona

Na początek uwaga dla niezorientowanych, jest to relacja z sesji RPG która odbywała się przez sieć a konkretnie połączanie skype i serwisu roll20.net.

Czwarta sesja za nami. Zgodnie z tracycją na początek lista obecności:

Tym razem przygoda toczyła się całkowicie w lesie gdzie Nuadu i Keffar w końcu mogli rozwinąć skrzydła (Rocrannona :) ). Dzielna drużyna po założeniu obozu była tak zmęczona że poszliśmy spać, na szczęście resztki zdrowego rozsądku nakazały zostawić Nuadu na warcie. Na jego zmianie kompletnie nic się nie działo i po kilku godzinach przyszła kolej na Keffara. Oczywiście zezowate szczęście na tę zmianę przygnało kilka dzików, które na szczęście poza robieniem hałasów nie sprawiło żadnych problemów. Polowanie też sobie Keffar odpuścił bo mrok był taki że miałbym większe szanse nabić się na własną włócznię.

Rankiem Nuadu gdzieś przepadł na godzinę, a wracając przyniósł dwa zające. Szybkie śniadanie i po chwili myśliwi ruszyli na pierwszy rekonesans. W planach było zatoczenie kilkukilometrowego koła wokół obozu, sprawdzenie ścieżek zwierzęcych, zastawienie kilku wnyków i powrót do obozu. Szczęście znów nam dopisało (opłaciło się upicie Tsara i podrzucenie szlifowanych kości na Polconie) i po kilku godzinach natknęliśmy się na wielkiego jelenia z dwoma sarnami i młodym koziołkiem. Szybka decyzja, łuk w rękę i jeleń został pierwszą ofiarą naszych myśliwskich zapędów.

W międzyczasie Koukhash i Finor mieli zajmować się obozem. Na początek postanowili zbudować polową wędzarnie.  Nazbierali za to sporo dziwnie ostrych kamieni ijakoś specjalnie nie zwróciło to ich uwagi, ale z powodu niedoboru jakichkolwiek narzędzi, zmęczenia Koukhasha i ogólnego braku porozumienia niewiele poza kłótnią z tego wyszło.

W tym czasie myśliwi wracając do obozu natknęli się na skarpę pokrytą sporymi chitynowymi łuskami, największe okazy miały nawet 50 cm średnicy! W skarpie znajdowały się również jakieś dziwne ni to jamy, ni to tunele, ale stwierdziliśmy że nie mamy ochoty na spotkanie z właścicielem tych łusek i czym prędzej ruszyliśmy w dalszą drogę. Bez dalszych problemów wracamy do obozu gdzie pierwsze co rzuca się w oczy Nuadu to dziwne kamienie które noszą ewidentne ślady obróbki przez człowieka. Godzina jest późna więc kładziemy się spać, tym razem moja warta mija na tyle spokojnie że spokojnie sobie czyszczę świeżo zdobyte skóry. Następny wartę przejął Koukash, a przynajmniej miał taki zamiar bo zasnął chwilę później. Tu znów los nam sprzyjał, gdyż w pewnym momencie mój szósty zmysł delikatnie dał mi znać że coś jest mocno nie tak. Okazało się że z niefrasobliwości wartownika postanowił skorzystać tygrysopodobny zwierz dobierając się do naszego jelenia. Na szczęście dość szybko przy pomocy pochodni udaje się dojść z kotem do porozumienia - kot odchodzi w szybkim tempie a my go nie gonimy. Koukash nie poczuwał się zbytnio do odpowiedzialności, wiec w ramach wdzięczności za nocne atrakcje Nuadu rano funduje mu gwałtowną pobudkę.

Rankiem stwierdzamy że mamy na tyle mięsa iż spokojnie możemy wracać do Trzewii, więc Nuadu z Finorem idą ostatni raz przejrzeć wnyki a ja z Koukashem porcjuje i pakuje miesiwo. Szybko nam to poszło więc idziemy jeszcze obejrzeć miejsce skąd wcześniej nazbierali z Finorem tych dziwnych kamieni. Na miejscu okazuje się że jest to całkiem spore rumowisko, wyglądające jakby ktoś dość regularnie zrzucał tu tłuczeń. Podążając ścieżką wśród gruzów znajdujemy całkiem sporą dziurę w ziemi w której Koukash, na węch, zaraz po tym jak do niej wpadł, od razu rozpoznaje piwniczkę z winem. Niestety brak światła i sprzętu do wspinaczki uniemożliwia nam dokładne zbadanie piwniczki. Po powrocie do obozu okazuje się że szczęście nam znów sprzyjało (ach te poprawiane kości) i we wnyki złapała się sarna, dwie łasice i jakaś mutacja kury z indykiem.

Na tym zakończyliśmy sesję. Po raz kolejny okazało się że dupy wołowe z nas a nie doświadczeni awanturnicy. Ruszyliśmy do dzikiego lasu na wielką eskapadę myśliwską, a tak naprawdę prawie nie mieliśmy niezbędnego sprzętu. Wymienię jedynie kociołek, liny, łopatę, siekierę, lampy i sól, a to oczywiście tylko rzeczy podstawowe. Będzie trzeba porządnie się zastanowić PRZED następną wyprawą. Do przemyślenia jest też system zapasów i w ogóle prowadzenia gospodarczej części wyprawy, ale o tym napiszę w jednej z następnych notek.

Z pytań do MG nasunęło mi się jedno, ile może ważyć zwierzyna którą upolowaliśmy? Bo zaczynam się obawiać czy damy rade to wszystko (jeleń i sarna?) dotachać do domu.

Na zakończenie chciałem jeszcze napisać, że sesja wywołała u mnie pewien niedosyt, jednak te dwie godzinki to trochę mało. Z drugiej strony mam świadomość że rano trzeba wstać, a pod koniec sesji większość już i tak ziewała. Czyżby to starość? Zobaczymy, może się uda w któryś weekend zorganizować dłuższą sesję i wtedy się "nagramy do oporu".

sobota, 8 września 2012

Trzecie koty…

No dobra, wiem, dałem ciała. Miałem pisać relacje z każdej sesji, ale tak się pochorowałem że kilka dni później kompletnie nic z tej sesji nie pamiętałem. Co najwyżej kilka luźnych wspomnień z których nie udawało się sklecić sensownej całości. Odpuściłem. Mea culpa.

W międzyczasie (czwartek) odbyła się kolejna sesja na której już byłem dość przytomny by prowadzić mini dziennik, który mam nadzieje przekształcać następnie we wpisy na blogu.

Przy okazji wspomnę jeszcze o nowym pomyśle, roboczo nazwanym “Blog Complementation” (nie mylić z competition). Chodzi o to żeby kilka osób, na początek Tsar i ja, pisało swoje krótkie relacje z sesji, tak żeby pokazać to co się działo z różnego punktu widzenia. Co z tego wyjdzie? Zobaczymy.

Na spotkanie duchem stawili się: MG (Tsar), Nuadu (Żuku), Keffar Twardziel (niżej podpisany), Koukhash (WojCiech) oraz nowy gracz Kahleen (Brutal). Jak na razie sami wojownicy i nie zapowiada się żaden władający mocą. Może to i lepiej, w tych lasach to by się nie przydał na wiele. Tym razem nie było problemów technicznych, choć musieliśmy skorzystać z pewnego tricku, tj. video mieliśmy na roll20 a audio via skype. Dlaczego? Dlatego że za videokonferencję na skype trzeba płacić, za to jakość dźwięku jak na razie jest nieporównywalna z innymi narzędziami. Swoją drogą, na następną sesję mam zamiar wykombinować jak nagrywać całe spotkanie.

Wracając do sesji. Tym razem nasza wspaniała kompania zaszalała i w końcu udało nam się opuścić osadę zwaną przez mieszkańców “Trzewia”. Powiadomiliśmy świeżo poznanych “przyjaciół”, że idziemy na co najmniej trzy dni w las polować. Jakby ktoś nas szukał to trzymamy się kierunku południowego.

Nie żebyśmy daleko uszli, zaraz za wioską napatoczyliśmy się na okaz lokalnej fauny w postaci trzymetrowego ślimaka. Wlokło się biedaczysko po trawie w tempie zgoła ślimaczym a Nuadu zaczął się głośno zastanawiać czy takie bydle jest jadalne. Postanowiłem więc sprawdzić czy to  w ogóle się nami przejmie. Przy pomocy zaimprowizowanej broni klasy ziemia (kamień) – ślimak, dokonałem aktu agresji. Efekt przerósł najśmielsze oczekiwania, bydle nagle nabrało zgoła nie ślimaczych prędkości i dosłownie rzuciło się na nas, a konkretnie na mnie. Okazało się że Koukhash słusznie krzyczał “spierdalać”, bydle mało mi nogi nie odgryzło. Szczęściem koledzy byli blisko i wspólnymi siłami udało się to mięczaka zaszlachtować. W międzyczasie pojawiło się z podziemi drugie podobne, ale wiedzieliśmy już czego się spodziewać i tego udało się posiekać na dzwonka. Nauczka na przyszłość, szukać leża, gniazda, bazy wypadowej. Tym razem tego nie zrobiliśmy i skarby przeszły nam koło nosa. Kahleen znalazł tylko jakiś kamyczek, którego wstępną wartość ocenił na 10x tyle złota niż wszyscy mieliśmy przy sobie… Tajemnicą pozostanie co było w leżu, tak jak tajemnicą jest czy ślimaki miały skorupy. MG się trochę plątał w zeznaniach, bo niby miały, ale się zakopywały. Ciekawe jak by to robiły ze skorupą? Bydle miało ponad 1,5 metra w “kłębie” czyli muszla jak u winniczka sterczała by na kolejne 4-5 metrów w górę. Nieważne :>

Po załatwieniu bydląt udaliśmy się w dalszą drogę. [Uwaga techniczna, przeszliśmy do hexa nr 1804]. Tym razem uważniej rozglądając się po okolicy. Na efekty nie trzeba było długo czekać, Nuadu znalazł ziele które nazywa “Zgorzelnikiem”, ja je pierwszy raz na oczy widzę, ale on twierdzi że dobre na oparzenia i jakieś wywary można z niego robić. Niestety nie wie jak, no trudno. Zauważyliśmy również las, w sumie to ciężko było nie zauważyć, ciągnie się jak okiem sięgnąć. Las jaki jest, każdy widzi, tu jakieś drzewa, tam krzaki, tu ślady dzikich świń nad strumieniem (!), zapowiada się niezłe polowanie. Szkoda tylko że znów pogoda zaczęła się załamywać, rozbiliśmy obóz nad strumieniem i już wydawało się że wszystko w porządku. Chwilę później okazało się że polowanie już się zaczęło, ale na nas. Nuadu i Kahleen nadziali się na krzak strzelający strzałkami, które po trafieniu w cel wypuszczały chmurę śmierdzącego dymu. Niby nic się nie stało, “raptem” 2 hp z czterech :> Mam tylko nadzieję że nie były zatrute, bo jeśli tak to mamy poważny problem.

Na tym sesje zakończyliśmy i wstępnie umówiliśmy się na następny czwartek. Wiem że się powtarzam, ale nadal jestem strasznie nakręcony i nie mogę się doczekać.

czwartek, 23 sierpnia 2012

Pierwsze koty za płoty

Stało się to na co czekałem dobre pół roku – odbyła się pierwsza sesja w nowym “settingu” Tsara – “Skrzydła Rocranon”. Na marginesie dodam, że strasznie nie lubię słowa “setting”, muszę poszukać jakiegoś fajnego polskiego odpowiednika. Była to sesja pełna nowinek, bo i nowa kampania i po raz pierwszy sesja odbywała się “on line” na nowej dla nas platformie. Kolejnym zaskoczeniem było to, że gracze w komplecie z MG pojawili się pół godziny PRZED sesją! Choć z drugiej strony nie ma się co dziwić bo skład był sprawdzony i zawsze pojawiał się na umówione spotkania. Tak czy inaczej fakt warto odnotować.

W sesji udział wzięli:

  • Tsar – MG
  • Żuku – Nuadu – wojownik
  • Parasit (ja) – Keffar Twardziel – także wojownik, tylko lepszy :>

Z kronikarskiego obowiązku wspomnę jeszcze o WojCiechu, który jeszcze nie miał postaci za to miał problemy techniczne, więc w sesji uczestniczył głównie duchem. Ptaszki mi doniosły że postać już jest, więc następnym razem powinniśmy już grać w większym składzie.

Fabularnie nie rozkręciliśmy się zbytnio, ot poznaliśmy towarzyszy niedoli na statku “Koniec Świtu”, uratowaliśmy (chyba) życie kapitanowi, pomogliśmy (chyba) zakończyć życie jego zięciowi i przeżyliśmy burzę (na pewno). Ogólnie mówiąc było fajnie, ogarnęliśmy warstwę organizacyjno-techniczną i następnym razem już w większym gronie powinniśmy “dać czadu”.

Kilka słów o technikaliach. Gramy używając platformy roll20.net, która zapewnia wirtualny “stół” na którym MG może prezentować mapy, obrazy, itp. oraz ustawiać na nich wirtualne figurki czy to graczy czy napotkanych potworów i NPC’ów. Wygląda to bardzo fajnie, można po tym wszystkim rysować, obiekty na mapie przestawiać, obracać a dodatkowo w tle włączać muzykę. Fajny efekt dało puszczenie szumu morza podczas podróży statkiem czy padającego deszczu podczas burzy. Dodatkowym plusem jest wbudowana możliwość konferencji audio/video, nie wymaga to żadnego dodatkowego oprogramowania a działa nadspodziewanie dobrze.

Następna sesja za tydzień, już się nie mogę doczekać! :)