Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hyperrealizm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hyperrealizm. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 2 listopada 2015

Problemy życia codziennego

Czy zastanawialiście się kiedyś jak wygląda przeciętna postać w grze RPG?
Większości z Was przyjdzie zapewne na myśl umięśniony bohater z rozwianą blond czupryną, na wspaniałym rumaku, w lśniącej zbroi płytowej dzierżący błyszczący miecz w prawicy. No ewentualnie może to być potężny mag, odziany od stóp do głów w najlepszej jakości atłasy z modnie utrefioną brodą. Oczywiście wariacji klas i stylów ubierania jest mnóstwo, ale jeśli Wasza wizja choć trochę zahacza w takie rejony, raczcie odpowiedzieć na kilka pytań.

  • Kiedy postać ostatnio brała kąpiel?
  • Kiedy ostatnio prane były ubrania?
  • Kiedy te ubrania były kupione/naprawiane?
  • Kiedy broda/czupryna ostatnio widziała balwierza?
  • Kiedy zbroje i broń były jakkolwiek reperowane?
  • Kiedy ostatnio koń był u kowala?

Nie będę chyba zbyt daleki od prawdy twierdząc, że przeważająca większość mogła by na wszystkie te pytania odpowiedzieć "dawno, bardzo dawno temu".
Z jednej strony podniosą się głosy, że to normalne, że w "średniowieczu" wszyscy śmierdzieli. Z drugiej zaś, skądinąd słuszna, uwaga, że RPG to nie "zabawa w dom" i każdej zmiany majtek nie trzeba "odgrywać". W obu tych kwestiach mogę powiedzieć, tak macie rację, ale...

Generalnie, jak we wszystkim, jestem za opcją "zdroworozsądkową". I tak, owszem, w większości światów fantasy można założyć że ktoś kto się od dwóch tygodni nie mył nie będzie wzbudzał niezdrowej sensacji. Nawet w lokalach gastronomicznych podczas konsumpcji. Tyle, że jak już się jeden z drugim wybiera w interesach do lokalnego władyki, to już wypadało by się choć trochę ogarnąć. Takoż skaleczenie zardzewiałą bronią wprawdzie może powodować zakażenie tężcem, ale chyba nie o to chodzi.

Pół biedy gdy przygody toczą się głównie w cywilizowanych okolicach, ale wybaczcie nie uwierzę, że po kilku tygodniach wałęsania się po krzakach, wykrotach, bagnach i lochach, niezliczonych potyczkach z goblinami, szkieletami czy innymi poczwarami, ubranie, ba zbroja, przypomina coś więcej niż szmatę do podłogi skrzyżowaną z narzutą typu "patchwork". To samo dotyczy oczywiście też reszty ekwipunku i wszelakich zwierząt towarzyszących dzielnym bohaterom.

Zastanawiałem się co zrobić z tym problemem nie popadając ze skrajności w skrajność. Z jednej mamy "odgrywanie" każdego mycia zębów i niezniszczalne przedmioty z drugiej. Najrozsądniejszym wydała mi się pewna umowna wartość oznaczająca zużycie ekwipunku. Do zadań MG będzie należało ustalenie jak wiele zachodu/pieniędzy będzie kosztowało gracza utrzymanie odpowiedniego stanu ekwipunku na danym poziomie. Warto zaznaczyć, że nie chodzi tu o poziom gracza, choć jest to powiązane, tylko ekwipunku. Oczywiste jest że mniej zasobów będzie pochłaniała zgrzebna szata mnicha a więcej atłasy czy złotogłowie.

Co pewien czas MG będzie uznawał, że poziom zużycia się podnosi, czasem może to być miesiąc siedzenia w w mieście, czasem tydzień w górach, a w skrajnych sytuacjach wystarczy wyjątkowo intensywna potyczka. Przy okazji pobytu w bardziej cywilizowanych okolicach, za odpowiednią opłatą ekwipunek można będzie doprowadzić znów do odpowiedniego stanu.

Jako że ostatnio modny jest powrót do "retro", może okazać się pomocna poniższa tabelka:

Poziom zużyciaStan ekwipunku
1Ekwipunek nowy, w idealnym stanie, zarówno wizualnie jak i użytkowo
2Ekwipunek jak nowy, widać że używany, ale nadal w bardzo dobrym stanie
3Sprzęt używany. Może byc brudny, lekko wytarty. Nadal dobrze spełnia swoją funkcję.
4Sprzęt mocno używany. Ubrania bardzo brudne, zdarzają się dziury, naddarcia lub pęknięcia. Broń może być lekko stępiona lub krzywa. Nadal nadaje się do użycia.
5Ekwipunek zaczyna zawodzić. Ubrania i zbroje mają sporo dziur, od wielkiej biedy bronią można jeszcze komuś zrobić krzywdę.
6Łachmany i złom. "Ubrania" dawno straciło prawo do tej nazwy, bardziej przypominają pozawijane wokół delikwenta szmaty niż cokolwiek innego. Broń jest połamana, tępa albo brakuje kluczowych elementów.

Oczywiście to tylko propozycja, można ją dowolnie rozwijać, dodawać modyfikatory do broni (np. -2 do obrażeń za zużycie), czy rzutu na reakcję. Poziom zużycia można stosować do całości ekwipunku danej postaci, grup ekwipunku (broń/zbroje/ekwipunek obozowy) lub też dla poszczególnych elementów wyposażenia, ale to już wydaje mi się lekką przesadą.

P.S. W następnym odcinku kilka słów o życiu w mieście.


wtorek, 4 sierpnia 2015

O jedzeniu słów kilka.

Istota problemu

Oprócz wielu innych problemów z którym spotkali (lub jeszcze spotkają) się gracze w "Tajemniczym Projekcie" został im jako bohaterom postawiony cel utrzymania przy życiu pozostałych współpasażerów. Jest to nie tylko bezpośrednia obrona przed "potworami" i "chorymi", ale także bardziej przyziemna sprawa w postaci zapewnienia wszystkim pożywienia w odpowiedniej ilości. O ile w przypadku kilkuosobowej drużyny wydaje się to drobiazgiem, to przy kilkudziesięciu czy kilkuset osobach, zaczyna się robić sporym problemem. Z jednej strony dla graczy, no bo skąd wziąć codziennie (!) te kilkaset kilogramów jedzenia. Z drugiej dla MG, bo chcąc zachować śladową dozę realizmu i obiektywność, ma przed sobą całkiem sporą buchalterię.

Kalorie

Jedym z pomysłów mających pomóc w tej kwestii, było określenie zapotrzebowania na jedzenie za pomocą umownych punktów kalorii. Założenie jest takie, że każdy dorosły człowiek potrzebuje dziennie 10 punktów by normalnie funkcjonować. Za pomocą prostej matematyki łatwo wyliczyć dzienne zapotrzebowanie całej grupy (ilość osób * 10) oraz aktualne "nasycenie" jako różnicę z ilości wymaganej i średniej faktycznie dostarczonej w ostatnich dniach. Z pewnego lenistwa, liczę tu tylko i wyłącznie średnią dla całej grupy a nie pojedynczych osobników.

Przykład:
W grupie mamy 130 osób - czyli zapotrzebowanie na poziomie 1300 punktów. Faktycznie udało się w dostarczyć 900, co daje około 69% wymaganej ilości. Jeśli w kolejnych dniach udało by się się dostarczać 95, 60, 110% wyliczamy po prostu średnią z ostatnich dni co daje około 83,5% ogólnego "nasycenia" grupy. Pozostaje tylko na koniec zaprezentować graczom wyliczony wynik w bardziej opisowej formie, czyli w tym przypadku było by to coś w stylu "ludzie są lekko głodni". Osobną kwestią zostaje określenie co się będzie działo gdy jedzenia naprawdę zacznie brakować, ale ten temat zostawię sobie na jeden z kolejnych wpisów.

Oczywiście mogą zdarzać się nadwyżki, które, jeśli nie panuje zbytni głód w grupie, można magazynować. Warto przy tym zachować zdrowy rozsądek i magazynować taką żywność która się nie psuje po kilku dniach. Ewentualnie wredny MG może wymagać od graczy określenia warunków przechowywania. Mam tu na myśli wędzenie czy peklowanie mięs, przetwory z warzyw i owoców itp. Oczywiście "wszyscy" to potrafią (evil grin).

Źródła pożywienia

Tak samo jak "zużycie" jedzenia jest rozliczane w punktach, tak samo rozliczam zdobywanie pożywienia. Każde potencjalne źródło ma losowy współczynnik "pozyskania" np. 3k10+20 na osobę pracującą nad "wydobyciem", oraz określenie czy się źródło zużywa, jeśli tak, ile pozostało do wyczerpania.
Przykład:

Nazwa Pole ziemniaków
Żywność k100+50 / na osobę dziennie
NieskończoneNie, pozostało 34000 punktów.
Typ żywnościSurowe ziemniaki

Ewentualnie:

Nazwa Las wokół osady
Żywność k50 / na osobę dziennie
NieskończoneTak, można zmieniać współczynnik w zależności od pory roku.
Typ żywnościW zależności od pory roku, owoce runa leśnego, zwierzyna

Dodatkowe źródła pożywienia

Zdarzyć się również może, że gracze podczas swoich wypraw znajdą dodatkowe racje żywnościowe. Ze względu na jednorazowość wydarzenia nie będą one zapisywane jako "źródła", ale, zwłaszcza przy większych ilościach, warto by również określić wartość punktową takiego znaleziska. Ja przyjąłem umowny przelicznik 200 kcal na punkt, a orientacyjne tabele kaloryczne można bez problemu znaleźć w internecie.

Podsumowanie

Oczywiście część lub nawet wszystkie te informacje można ujawnić graczom. Jeśli mają żyłkę do mikro zarządzania można z tego zrobić coś w rodzaju dodatkowej mini gry w której będą mogli zarządzać zasobami grupy, podziałem obowiązków itp. Tak czy inaczej, wymaga to pewnej buchalterii i z doświadczenia polecam założenie dodatkowego arkusza kalkulacyjnego do prowadzenia tego typu zabawy.


środa, 3 października 2012

Motyw drogi

Dzięki Tsarowi mamy ostatnio przyjemność zasmakowac w nowym dla nas typie rozgrywki - "sandboxie". Nie bede sie teraz rozpisywal na temat różnic miedzy takim graniem a "normalnym", chcialem sie skupic na jednej z istotniejszych cech jaką jest odkrywanie otaczającego postacie świata. Odkrywanie wiąże się zaś z poruszaniem, i tu mnie zaczęło korcić na szukanie dziury w całym. Dzisiejszym problemem do rozwiązania jest znalezienie równowagi miedzy hiper-realizmem a przyjemnością gry. Już tłumaczę o co mi chodzi.

Zakładam, że piechur marszem podróżuje z prędkością około sześciu kilometrów na godzinę, a w ciągu 10 godzin powinien przejść nie mniej niż 40 km . Jest to realna wartość, ale ... No własnie, pojawia sie od razu mnóstwo rożnych "ale". Zakładamy ze idzie po w miarę dobrej i plaskiej drodze. Tak naprawdę dopiero ruszył, a plecak który niesie jest prawie pusty. Takich zastrzeżeń mozna wymyślić więcej. A co w sytuacji gdy bohater podróżuje już drugi tydzień w górzystym terenie, na garbie taszczy prowiant, namiot, broń, zdobyte złoto i jeszcze wspiera rannego towarzysza? Już nie jest tak różowo? 

To wszystko oczywiście z kolejnym założeniem ze jest to "bohater fantasy", który nigdy nie jeździł autobusem czy metrem i nie spędza większości dnia za biurkiem, no ewentualnie kilka razy w życiu jeździł konno. Jest więc w stanie tak podróżować. Bo z przykrością muszę przyznać, ze o ile kiedyś, jak byłem 30 kilo młodszy, to mogłem przebiec 10 km przed śniadaniem, tak teraz 15 kilometrowy spacer robi się górna granicą możliwości. Jest szansa ze po takim spacerze bede w stanie sie następnego dnia w ogóle ruszać. A gdzie tu do zakładanych 40km codziennego marszu? I tak przez dwa tygodnie? Kompletnie nierealne. 

W większości, o ile nie we wszystkich systemach RPG które widziałem temat jest potraktowany mocno po macoszemu. Ot tu tabelka, tyle szybkości to tyle kilometrów. No chyba że jest obciążony, wtedy trochę wolniej. A może by tak do tego wszystkiego dołożyć ogólne "zmęczenie materiału" ? Można przyjąć założenie, że po tygodniu ostrego marszu nawet najwięksi twardziele muszą odpocząć. I na przykład każdego dnia ostrej wędrówki tymczasowo, do czasu solidnego wypoczynku obniżać kondycję o jeden punkt? 

Kolejnymi aspektem który się z tym wiąże to czas i koszt takiej podróży. To dotyczy głównie kupców, ale i zwykli podróżnicy powinni o tym pomyśleć. Oczywiście kupiec zazwyczaj ma jakieś konie i wóz, ale koń z załadowanym wozem też nie porusza się wiele szybciej od piechura. Czyli wychodzi na to że kupno zborza w "okolicznych" wioskach to robota na kilka tygodni! A do takiej karawany to i pomocnik czy dwóch się przyda, kilku osiłków do ochrony też nie zaszkodzi, a całemu towarzystwu też jeść trzeba dać. Konie też o samej wodzie nie chcą pracować. Ktoś się jeszcze dziwi że w miastach jedzenie jest 2-3 razy droższe niż na wsi? Przy okazji zacząłem się zastanawiać jakie musiało być przebicie na bursztynie czy herbacie skoro opłacało się wyruszać na drugi koniec znanego świata (albo i dalej) żeby tam, u dzikich, kupić taniej.

Kolejna sprawa, dlaczego osady nie były jakoś strasznie duże? A jeszcze sto lat temu opłacało by się komuś codziennie chodzić do pracy 15 km? Może jak kogoś bieda przycisnęła to ktoś to robił, ale podejrzewam że większość sobie taką "przyjemność" odpuszczała szukając pracy gdzieś bliżej lub przenosząc się w inne miejsce. Zakładając że wieśniak pracuje od świtu do zmierzchu, to nikt nie będzie marnował po dwie godziny rano i wieczorem na dojście na pola. Oczywiście niby można by postawić chatę trochę dalej od wioski, ale po to ludzie siedzą na kupie, za palisadą, żeby było bezpieczniej. A co zrobi taki odludek w razie najazdu orków? Jak będzie miał szczęście to straci wszystko co miał, ale zdąży uciec za mury. Drugi raz chałupy pod lasem budował nie będzie.

Jest oczywiście jeszcze druga strona medalu. Podczas ostatniego Maratonu Warszawskiego zwycięzca przebiegł 42 195 metrów w 2h 15m (DWIE godziny !!!), a całkiem realne czasy dla niezbyt intensywnie trenujących bieganie plasują się poniżej 4h. Oczywiście później większość z nich przez kilka dni po maratonie nadaje się głównie do leżenia i moczenia stóp, ale da się. Ciekawym pomysłem mogła by być "maratońska" przygoda. "Dostarczcie wiadomość do króla w ciągu pół dnia, jedyne 40 km." A po drodze tylko lasy i orki. Może być ciekawie?

Przy okazji mini konkursik, bez nagród. Ktoś wie, ale bez sprawdzania w google, w ile dni Kolumb podczas pierwszej wyprawy przepłynął Atlantyk? Odpowiedzi proszę zamieszczać w komentarzach.

środa, 26 września 2012

Halo? Słychać mnie?

Lada dzień kolejna sesja, a ja jeszcze nie spisałem co się działo na poprzedniej... Wstyd jak diabli. Jakaś mnie twórcza niemoc i nieochota dopadła bo notek innych też nie piszę, to znaczy piszę, ale zazwyczaj zaczyna się na ogólnym pomyśle a potem idzie jak po grudzie. Nie wiem czy to jesień czy inne okoliczności przyrody, ale mam nadzieję że szybko minie bo już zaczyna mnie to męczyć. Zamiast robić coś ciekawego oglądam głupie seriale albo gram w jeszcze głupsze gry (o tym będzie osobna notka, kiedyś, na pewno). Może tą notką przerwę passę marazmu.

Wracając do sesji. Takich problemów technicznych nie mieliśmy jeszcze od kiedy gramy. A to mistrz gry zepsuł mikrofon, to znów Brutal zepsuł skype'a i za Chiny Ludowe nie mógł się połączyć. U mnie też była mała apokalipsa, początkowo w ogóle nie mogłem się połączyć z internetem, później myszka stwierdziła że coś ją strzyka w kółku więc nie będzie współpracować. Na koniec system stwierdził że nie mam czegoś takiego jak mikrofon, mimo że mam dwa i rozmawiał ze mną nie będzie. Po prostu sądny dzień. Zanim zaczęliśmy grać, i to bez Brutala, mieliśmy ponad 40 minut spóźnienia. Co przy zakładanych dwóch godzinach sesji to wcale nie w kij dmuchał. W końcu udało się zacząć. Nie jestem pewien w jakiej kolejności, ale na sesję stawili się MG, Finor, Kahleen, Keffar, Koukhash i Nuadu, czyli po raz kolejny mieliśmy komplet graczy! Tak trzymać panowie!

A było to tak :)
Udało nam się w końcu zwinąć obóz, przy czym jak zebraliśmy wszystko na kupę, okazało się że samego mięsa mamy ponad 300kg. Na pięciu chłopa, MG jak zwykle nie chciał pomóc w noszeniu, całkiem sporo towaru. Zwłaszcza że mieliśmy jeszcze swoje graty i do przejścia kilkanaście kilometrów po bezdrożach. Skleciliśmy jakieś pseudo sanie i ciągnąc na zmianę ruszyliśmy na północ. Dobrze że to nie ja prowadziłęm bo chłopaki chcieli odwiedzić Dahoma, ale jakoś tak wyszło że napatoczyliśmy się na jakieś inne zabudowania. Powitała nas czerstwa babina która przedstawiła się jako Falera. Gospodyni na delikatne sugestie Koukasha o burczeniu w trzewiach wyciągnęła michę kaszy z brukwią i kwaśnego mleka czym napchaliśmy się jak trzeba. W zamian zostawiliśmy jednego z upolowanych zajęcy.

Uwaga na marginesie. Tak sobie przy okazji pomyślałem, że przydałby nam się kucharz jakiś. Póki nasze wyprawy mają po kilka dni to nie powinno być problemów, ale na dłuższą metę nie możemy się ciągle żywić samym mięsiwem. Bez warzyw i owoców to jeszcze nas jakaś słabość może dopaść, a i nie zawsze możemy mieć takie szczęście jak ostatnio i nałapać aż nadto zwierza.

Od babiny dowiedzieliśmy się jeszcze że te łuski co je znaleźliśmy w jarze, to są łuski zwierza zwanego Wężowijcą, ale co to za zwierz, czy niebiezpieczny czy też nie, tego już Falera nie wiedziała. Dała nam jeszcze jakichś ziółek do zupy i cynk o profesjonalnym zielarzu Japfenie żyjącym gdzieś na obrzeżach Trzewii. Po czym ruszamy w dalszą drogę, do Trzewii docieramy wczesnym wieczorem i od razu lądujemy "U Maryny". W karczmie oprócz lokalnych gości przebywa kilku wojaków pod bronią. Próbowałem pociągnąć ich za język, ale pewnie z powodu zmęczenia rozmowa jakoś się nie klei. Okazuje się tylko, że do wsi przypłyneli jacyś kupcy ze zbrojną obstawą pod wodzą niejakiego Talta. Reszta drużyny też jest konwersacyjnie niewydolna, więc poszliśmy po prostu spać. Koukash został naszym drużynowym skarbnikiem i ucziciwie przespał całą noc na naszej kasie. Rankiem po szybkim załatwieniu interesów z Maryną udajemy się na targ.

Tu kolejna dygresja. Całkiem sporo grosiwa zarobiliśmy na tym polowaniu, i od razu jako hyper-realiście nasunęła się myśl czy mieliśmy takiego fuksa, czy przesadziliśmy z MG w wycenie mięsa? Czyżby temat na kolejną notkę? :)

Później już właściwie były same zakupy, nie będę się zagłębiał w relację kto, co i za ile kupił. Wspomnę tylko że poznaliśmy Cadenda "Białe oko", miejscowego fachowca od robienia fajnych rzeczy ze skóry, w sumie nie udało nam się ustalić czy to bardziej rymarz czy kaletnik. Tak nas sprytnie omotał i zagadał że daliśmy mu część skór na kredyt, mam tylko nadzieje że zdaje sobie sprawę że go znajdziemy w razie czego.

W tym miejscu moja relacja się urywa, gdyż opuściłem na chwilkę szacowne grono celem wyrównania poziomu płynów w organizmie, a gdy wróciłem było już po sesji.

Tak szczerze mówiąc to mam mocny niedosyt i coraz bardziej przeszkadza mi że rano trzeba iść do pracy i głowa sama po 23'ej zaczyna opadać. Niestety to już nie te czasy gdzie można było zarywać nocki na granie, cóż starość nie radość. Następna sesja już jutro, jakoś wytrzymam. A jak będę "na głodzie" to może zacznę pracować nad swoimi projektami?

wtorek, 4 września 2012

Potężne klątwy ekonomiczne

Czyli jak pozbawić pewnych siebie graczy zbyt dużej ilości gotówki.

Umber zwany potężnym wszedł do karczmy "Pod złotym japkiem". Rozejrzał po prawie pustej sali, po czym przysiadł się do samotnie sączącego piwo człowieka.
- Witajcie mistrzu Grzegorzu - powiedział moszcząc się na ławie - Napijecie się że mną piwka?
- A chętnie - odpowiedział szewc z dziwnym uśmiechem na twarzy.
- Gospodarzu, piwka poprosimy - rzucił w stronę szynkwasu - Jeszcze wam nie podziękowałem za te buty co żeście mi na jesieni wyszykowali.
- Nie ma co dziękować - odrzekł - uczciwie żeście zapłacili to i buty uczciwe.

W tym momencie podszedł karczmarz. Stawiając na stoliku napój pomniejszych bogów, obrzucili woja badawczym spojrzeniem.

- Mam nadzieje, że macie czym płacić? - zapytał z równie podejrzanym co szewc uśmiechem.
- Pewnie że mam, właśnie wróciliśmy z jaskini utopcòw. - odpowiedział Umber zanurzając wąsiska w pianie - Dużo złota nie mieli, ale do końca zimy powinno wystarczyć.
- No jak niedużo, to może od razu zapłaćcie?
- No skoro się tak upieracie - odrzekł, po czym położył na stole garść miedziaków - To ile się należy?
- Pięćset sztuk złota.
Umber przez chwilę wyglądał jakby mu piwo w gardle zamarzło. Zbladł, znieruchomiał i wytrzeszczył oczy na karczmarza.
- Ile? - zdołał w końcu wyksztusić.
- Pięćset - spokojnie odparł karczmarz.Karczmarz wyglądał śmiertelnie poważnie, ale szewc miał uśmiech tak szeroki, że gdyby nie uszy to by pewnie sięgał dookoła głowy.
- To jakieś żarty, tak?
- Nie, wszyscy tyle płacą - wtrącił się Grzegorz.
- A żeby wam głupie pomysły nie chodziły po głowie, to ten tam - karczmarz wskazał ponurego typka w czarnej kolczudze siedzącego koło drzwi - to najemny mistrz miecza. Pracuje u mnie za wikt i opierunek.
- Za wikt i opierunek? To chyba nie jest za dobry w tym fachu.
- Jest bardzo dobry - tym razem to karczmarz się uśmiechnął - tyle, że jest mi winien jeszcze szesnaście tysięcy.
Umber wyglądał na kompletnie skołowanego, ale widząc uśmiech współbiesiadnika zaczął się zastanawiać.
- Mistrzu Grzegorzu, tylko nie mówcie ze to też moja wina...
- A i owszem że wasza. Kto jesienią z loszków tyle złota nawiózł, ze się z wozu wysypywało?
- No my z drużyną...
- Tak się to wszystko zaczęło - sapnął Grzegorz - Olafie, zapisz to piwo na mój rachunek, a ja opowiem jak to było.

A było to tak:
Jakeście złota z loszków przywieźli to się nawet wszyscy cieszyli, bo wiadome było ze coś u nas wydacie i się ludziska wzbogaca na waszym losie szczęśliwym. Tyle ze jak się zaczęło szastanie złotem, boście niby drobnych nie mieli to, się zaczęły dziać dziwne rzeczy.
Pierwszy był znów Jontek, jego chyba sobie bogowie upatrzyli. Wymyślił ze skoro za kufel piwa płacicie złocisza, to on tez chce złocisza za koszyk śliwek. Mieliśta kaprys na śliwy w listopadzie, tośta mu bez mrugnięcia zapłacili. Franek co to ryby łowi w okolicznych stawach stwierdził, ze pstrąg wędzony więcej wart niż trzy kosze śliwek, to tez żeście dali. No i tak to poszło. Worek mąki pięć złociszy, to bochenek piętnaście. Nikt tego złota nie nosił przy sobie, bo jednak ciężkie jak diabli. Wszyscy tylko na kreskę brali i potem się to jakoś rozliczało. Zanim się ludziska spostrzegli co się dzieje, to żeście całe złoto przechulali i pojechali dalej zapominając o sprawie.
A ceny szalały dalej. Ktoś kupił psa, zwykłego kundla, za tysiąc a potem wymienił na dwa koty po pięćset. Szaleństwo ogarnęło cała wioskę. Choć trzeba przyznać ze miedzy swoimi się wszyscy uczciwie z kredytów rozliczali.
Gorzej mieli przyjezdni, tak jak ten pod drzwiami, bo od obcych wszyscy żądali żywej gotówki. Zanim się zorientował co się dzieje już zjadł, wypił i zadłużył po uszy. W sumie w porządku jest chłopina to pewnie odpracuje u ludzi przed wiosna te kilkadziesiąt tysięcy co jest winien.
Zdarzali się tez tacy co nie płacili, na przykład nasz władyka. Jak przyjechał podatki zbierać to zaszalał na łącznie poł miliona i uciekł jak przyszło do płacenia. W pierwszej chwili jak usłyszał co tu się dzieje to chciał podatki podnosić, ale wtedy zbrojni zażądali podwyżek. Na to go nie stać, więc się cichcem wycofał i udaje że nic nie wie o sprawie.
Wiosną przyjadą kupcy ze świata to pewnie ceny wrócą do normalnego poziomu, ale na razie to lepiej pytajcie co ile kosztuje, i to zanim zamówicie. Takie to życie podłe, bez grosza źle, ale jak fortuna zbyt łaskawie złotem sypnie to też nie najlepiej.

Tym oto sposobem za pomocą prostego czaru o nazwie "jinflacja" lub jego potężniejszej wersji "hiper-jinflacja", można zbyt pewnych siebie graczy w try miga pozbawić gotówki lub złudzeń. Bo któż nie rzuci się na łeb na szyję gdy usłyszy że pobliski sołtys płaci za wilkołaka trzy miliony? 

 

wtorek, 28 sierpnia 2012

Dlaczego te buty są takie drogie?

Czyli o tym dlaczego szewc nie rozdaje swoich wyrobów za darmo.

- Ile ?! - zdziwił się wojownik - Ja tyle za miecz dałem. A to są tylko buty, może i porządne, ale nadal buty.
- Sześćdziesiąt sztuk złota panie Umber i ani miedziaka mniej - odpowiedział szewc rozkładając ręce - I to po części wasza wina mości rycerzu, że aż tyle.
- Moja? Ale jak to? - zdębiał kupujący - Nie mam nic wspólnego z tymi butami!
- A i owszem, macie i to więcej niż wam się może wydawać. - odparł spokojnie - Pamiętacie jak początkiem lata goniliście za kikimorą?
- Pewnie że pamiętam, ale chyba nie powiecie mistrzu że to skóra kikimory?
- Nie, zwykła świńska, ale coście wtedy pól natratowali to wasze.
- Ojtam, wyższa konieczność była. Poza tym uczciwie są szkody zapłaciliśmy.
- No co racja to racja - przyznał - mało się Jontek na śmierć nie zapił od tego odszkodowania. Tyle że to się na tym nie skończyło, zaraz wam wszystko wyklaruje co byście nie myśleli, że próbuje z was zedrzeć.

A było to tak:
Zaraz po tym jak Jontkowa poszła po rozum do głowy i całe złoto ukryła, to nawet był spokój. Poza Jontkiem, karczmarzem i kilkoma lokalnym ochlaptusami wszyscy byli zadowoleni. Problem tak naprawdę objawił się dopiero podczas zbiorów. Niby było wiadomo że ponad połowa zasiewów została zniszczona, ale jak to co ocalało znalazło się w spichlerzach zdaliśmy sobie sprawę że to może być ciężka zima. Przy okazji kupcy którzy zawsze przyjeżdżali po część ziarna więcej musieli więcej wysupłać żeby cokolwiek kupić. Zwłaszcza że Glinianą Górkę zalało a na Maćkowej Hali w tym roku hasał wilkołak.
Ceny żywności na targu wzrosły, to i karczmarz musiał swoje podnieść, przeca nikt do interesu dokładał nie będzie. W tej chwili byle bochenek kosztuje dwa razy tyle co w zeszłym roku. No i tak to poszło, skoro jedzenie coraz droższe to żeby przeżyć wszyscy musieli podnieść ceny. 

W tym miejscu przerwijmy opowieść i zróbmy kilka obliczeń. 
Załóżmy że szewc robi takie buty trzy pełne dni robocze. Ciężko to trochę zweryfikować bo dawno żadnego szewca nie widziałem, ale coś musimy założyć. Dzienne wyżywienie w karczmie kosztuje 5 sztuk złota, co już daje nam 15, a to dopiero sama robocizna. Spokojnie można założyć, że materiały to drugie tyle, co daje nam 30 sztuk złota, a to dopiero koszta. Do tego wypadało by dodać 20-25% jako zysk, a i to może być mało bo nie codziennie jest praca. Wychodzi więc na to że takie buty nie mogą kosztować mniej niż 35-40 sztuk złota bo szewc pójdzie z torbami *).

W tym miejscu wojownik szukający obuwia mógłby zaprotestować, że jakby karczmarz jadał w domu a nie w karczmie to wyszło by mu pięć razy taniej. Miałby oczywiście rację tylko nie wziął pod uwagę, że szewc ma żonę, szóstkę dzieci i matkę staruszkę na utrzymaniu. A i czeladnik coś zaczyna pobąkiwać o jakiejś pensji...

Cały ten wpis powstał jako efekt uboczny przemyśleń na temat cen i ekonomii w światach fantasy, która w większości systemów RPG po prostu nie trzyma się kupy. Zazwyczaj większość cenników wygląda jak wzięte z kosmosu i nijak się mają do jakichkolwiek realiów. Oczywiście nie ma co popadać w hiperrealizm i tworzyć zaawansowanych modeli ekonomicznych królestw fantasy (a niby dlaczego nie :>) ale przy okazji rozpoczynania nowej kampanii sandboxowej spróbujemy się zastanowić nad urealnieniem cennika.

*) Liczymy też że poborca podatkowy nie zagląda do wsi za często :)

wtorek, 21 sierpnia 2012

Masa monet

Zastanawialiśmy się ostatnio ile może ważyć złota moneta w świecie fantasy (i nie tylko). Oczywiście jako "sprytny inaczej", zamiast sprawdzić w dowolnym serwisie numizmatycznym, zacząłem przeliczać gęstości kruszców na objętości.

Obliczenia dla absolwenta szkoły podstawowej powinny być banalnie proste:

Masa monety = objętość * gęstość materiału z którego została wykonana.

 

Objętość to : ((Π * promień)^2) * grubość monety.

Dla ułatwienia przyjąłem że moneta to jednolity walec wykonany z czystego metalu.

Pozostało tylko poszukać gęstości dla poszczególnych metali i voila:

MateriałGęstość (cm^3)Masa monety (gram)
Złoto19,3010,99
Srebro10,495,97
Miedź8,925,08
Mosiądz8,704,95
Platyna21,0912,00
Mitryl2,701,54
Miedzionikiel8,85,00

 

Obliczenia dla monety wielkości 1 PLN czyli 23 mm średnicy i 1,137mm grubości. Dla porównania dodałem miedzionikiel z którego jest wykonana złotówka, ponad 2x lżejszego od złota.

Teraz każdy upierdliwy dokładny mistrz gry będzie w stanie powiedzieć swoim graczom dlaczego wyniesienie tych K100 * 1000 złotych monet które właśnie znaleźli w skarbcu może być lekko kłopotliwe.

Ciekawostka: W średniowieczu (nie pamiętam gdzie o tym czytałem) cena złota do srebra kształtowała się średnio na poziomie 1:12 (WFRP?) więc taki przelicznik miał sens. Jeśli jednak zastosować by dzisiejsze ceny kruszców i zachować najczęściej spotykany w światach fantasy przelicznik 10 sztuk srebra = 1 sztuka złota, monety srebrne musiały by mieć około 13cm (!!!) średnicy. Ot taki talerzyk :)