sobota, 9 lutego 2013

Oj moja biedna głowa...

W poprzedniej, dziewiętnastej już sesji udział wzieli:
Kaszkur, Nuadu,  SImeon i autor tego pamiętnika Keffar.

Po ostatnich przygodach wylądowaliśmy w Trzewiach gdzie w końcu udało się wyspać pod dachem, najeść do syta i wypić coś więcej niż wodę. Po zastanowieniu stwierdziłem, że chyba jednak się człowiek za bardzo do luksusu przyzwyczaja, bo co to? Raptem dwa dni byliśmy w lesie a już się luksusów zachciewa. Kiedyś jak się żyło z polowania, to i kilka miesęcy człowiek łóżka nie widział i wszystko było dobrze, ech starość nie radość. 

Rankiem po spokojnej nocy "U Maryny", wyruszamy do Japvena, może on coś będzie wiedział o tym zielsku co go Simeon dla brata szuka? Ruszyliśmy jak cywilizowane ludzie drogą na południowy wschód, daleko nie uszliśmy gdy Nuadu zauważył na południu krążące wielkie ilości ptaszydeł, głównie padlinożerców. Ani chybi coś się stało, może kto jeszcze żyje i pomocy potrzebuje. Oczywiście Kaszkur zaraz coś zaczął przebąkiwać o przedmiotach potrzebujących nowego właściciela, ale kto by go tam słuchał. Ostrym marszem ruszyliśmy na południe przez wzgórza i po chwili już było widać las, a na jego skraju chałupkę. Właśnie nad tą chałupą krążyły ptaki. Tu po raz pierwszy przydał się nowy teleskop Nuadu, za jego pomocą okazało się że kręcą się tam jacyś ludzie, ale nie sprawiają wrażenia że robią coś złego. Po chwili wszystko stało się jasne, mamy do czynienia raczej z rzeźnią niż jakimś pobojowiskiem. Rzeźnią w sensie dosłownym, właśnie jej właściciel Boenda sprawiał transport owieczek ze stada wdowy Falery (poznaliśmy ją tydzień temu). Swoją drogą będę musiał usiąść wieczorem i dokładnie dni policzyć, bo już mi się wydaje że jesteśmy rok na Rocranonie a na rozum wiem że nawet jeden księżyc nie minął. Boenda i jego córka Sobi okazali się moimi krajanami, umówiliśmy się zatem że jeszcze porozmawiamy dłuże jak go odwiedzimy z jakąś butelczyną i ruszyliśmy w dalszą drogę, tym razem na przełaj. 

Nie minęło wiele czasu jak znaleźliśmy chatkę Japvena tylko niestety gospodarza nie było. Pogoda była piękna, nigdzie nam się nie śpieszyło, to rozłożyliśmy mały biwaczek. Simeon z Nuadu poszli szukać ziółek (wokół domu zielarza, buhaha) a ja z Kaszkurem zajęliśmy się obiadem. Zanim peklowana wołowina zdąrzyła zmięknąć nadszedł Japven.

Noc spędziliśmy u zielarza, przy okazji dowiedzieliśmy się kilku ciekawych rzeczy o ziółkach, Simeon próbował się czego ś o ostrokrewie nauczyć, chyba mu nie wyszło. Trochę pogadaliśmy o okolicy, że na południu tu jest ładne jezioro, ale ostatnio zarasta jakimś dziadostwem, albo że wyspa Senna na której żyje zielacha jest całkiem blisko. Do tego rozpracowaliśmy znaczną część zapasu alchemicznej gorzałki, wieczór uznaję więc za udany. 

Wspomniana wcześniej gorzałka alchemiczna, naprawdę musi być zacnej czystości bo nikogo, nawet Nuadu, rano głowa nie bolała. W wyśmienitych chumorach postanowiliśmy zatem odwiedzić Boenda, tylko jeszcze uzupełniliśmy zapasy w Trzewiach i zgodnie z obietnicą, zaopatrzeni w napoje wyskokowe pod wieczór zapukaliśmy do drzwi rzeźnika. 

Nie chcę wnikać czy tym razem gorzałka była gorsza, kolejny dzień picia, czy też  przez mieszanie z piwskiem, fakt jest faktem że rankiem Nuadu nie nadawał się do życia. Prosił żeby mu dać wody, dobić i generalnie zostawić w spokoju.  On jednak jakiś taki chorowity jest, jakoś wcześniej na to nie zwróciłem uwagi. 

Następne dwa dni przeznaczamy na generalny odpoczynek, rekonwalescencje i czyszczenie ekwipunku, a jedyne co się ciekawego dzieje to spotkanie z kapitanem Petlaminem, który wprawdzie czuje się trochę lepiej, ale na morze się jeszcze nie nadaje. Pomieszkuje więc u Maryny i nabiera sił. Za to że uratowaliśmy mu życie obiecał nam darmowy transport na wyspę Senną, myśle że skorzystamy z tej pomocy, ale to jeszcze nie teraz.

Po dwóch dniach byczenia się pojawił się Luca i jako że byliśmy już spakowanie praktycznie od razu ruszyliśmy na zachód.

Zdążyliśmy minąć szubiennicę, gdy u naszego MG zaczęły się jakieś problemy techniczne i zakończyliśmy sesję. 
Po czasie przypomniałem sobie że mieliśmy robić wieczorne podsumowania, min. liczenie wydanej kasy, zjedzonego jedzenia itp, ale znów o tym zapomnieliśmy :) Poza tym sesja była udana, mimo że prawie nic się nie działo, udało nam się nawet "przeskoczyć" dwa dni, choć w sumie nie zostały wykorzystane jakoś super sensownie :)  

wtorek, 5 lutego 2013

Święta, święta i po świętach.

Zimno było jak diabli, do tego nieprzerwanie wielkimi płatkami sypał śnieg. Sytuacji bynajmniej nie poprawiał porwisty wiatr co i rusz przelatujący między chałupami i wzbijający w powietrze sporą część tego co już spadło prosto pod kaptur wędrowca. Mężczyzna po chwili dotarł do drzwi karczmy i kilkoma kopnięciami w podmurówkę spróbował oczyścić buty ze śniegu, nie widząc jednak efektów takiego kopania dał spokój i wszedł do środka. Sala główna karczmy "Pod złotym japkiem" była kompletnie pusta. Stoliki były uprzątnięte, ławy równo poustawiane a kominek i lampy na słupach wygaszone. 

- Karczmarzu! Olafie ?! - rzucił Umber zdejmując kaptur i otrzepując płaszcz ze śniegu - Jest tu kto?

Odpowiedziała mu głucha cisza. Wojownik zaintrygowany sytuacją ruszył w stronę kuchni uważnie rozglądając się po kątach sali. Kuchnia, tak jak i główna sala była kompletnie pusta, piec był wygaszony a wszystkie naczynia, kufle i inne przedmioty których nie potrafił nazwa a używa się w każdej kuchni leżały poukładane i czyste. Kompletnie już zdezorientowany ruszył dalej w stronę drzwi które musiały prowadzić do części karczmy gdzie mieszkał właściciel. Zanim jednak zdążył sięgnąć ręką do klamki, drzwi otworzyły się z trzaskiem. W drzwiach stał Olaf, ubrany jedynie w szlafmycę, koszulę nocną w niebieskie pasy i wielkie bambosze z pomponami, dzierżąc w obu rękach absurdalnie wielką patelnią przygotowaną do uderzenia. 

- Ach to wy Umberze - uspokoił się wyraźnie opuszczając narzędzie zbrodni - cóż was sprowadza?
- Czy to jest akurat ten jeden dzień w roku gdzie w tej karczmie się myje kufle? - odparł wojownik wyraźnie zaskoczony widokiem właściciela - Chciałem się ogrzać, zjeść coś, pogadać z kimś przy kufelku, a tu cisza jak w rodzinnym grobowcu, o co chodzi?
- Ach, no tak, wy nietutejsi. - rozpromienił się gospodarz - Dziś mamy Abrejse, czyli Cichą Noc. 
- Że co macie? Mam nadzieję, że to nie jest zaraźliwe?
- Ależ skąd, tak nazywamy nasze lokalne święto. 
- W okolicy skąd ja pochodzę święta obchodzi się trochę huczniej, jest więcej jedzenia, picia i tańców. 
- U nas też, ale to dopiero jutro. - Olaf podrapał się w głowę i zrobił minę jakby tłumaczył coś oczywistego niezbyt rozgarniętemu dziecku - Dziś nie hałasujemy, nie palimy ognia, a co za tym idzie nie gotujemy jedzenia. Jak bardzo chcecie mogę wam dać trochę wczorajszego chleba i kawałek słoniny, ale dziś nic więcej w całej wsi nie dostaniecie.
- Dobre i to, ale powiedzcie mi gospodarzu skąd takie dziwne święto. 

Karczmarz odkroił kawał chleba, z leżącego pod czystą ściereczką bochenka, dołożył do tego całkiem solidny kawałek wędzonego boczku a na koniec nalał z beczki lekkiego piwa.

- Usiądźcie i jedzcie, zaraz wszystko opowiem. 

A było to tak.
Dawno, dawno temu, gdy jeszcze mój dziadek był całkiem małym chłopcem krążyła po okolicy banda. Czy to byli dezerterzy, czy pobici najemnicy, czy po prostu zwykli bandyci, nieważne, teraz już nikt nie pamięta. Ważne było to że zima owego roku była bardzo ostra, śnieg sypał okrutnie. Wieś jaka by nie była zabita dechami, miała w ciepłe chałupy i jakieś zapasy coby tę zimę przetrwać. Bandyci tego nie mieli, siedzieli gdzieś w okolicznych jaskiniach cierpiąc głód i chłód. W normalniejszych czasach może by się im pomogło, ale czasy nie były normalne. Z powodu wojny, co to już nikt nie pamięta o co się toczyła, podatki były wysokie, plony niskie a i część naszych poszła w zaciąg do hrabiego. Nie było chałupy w której by się przelewało.
Bandyci jak to bandyci, postanowili złupić naszą wieś, a jak by dobrze poszło to i poczekać w chatach do wiosny. Szczęściem w nieszczęściu plany napaści podsłuchał pradziad Jontka, chyba zresztą też mu Jontek było. Co robił w jaskini, nie wiadomo, matce się potem tłumaczył że po chrust poszedł, tylko skąd chrust w jaskini? Fakt jest faktem że podsłuchał jak herszt wymyślił cichcem wieczorem do wsi przyjść, drzwi chałup pozastawiać a potem pojedynczo otwierać i po kolei mordować jak leci. Siedli chłopy w karczmie i radzić zaczęli co począć. Do obrony się niewielu nadawało, uciekać nie było gdzie a i w takim śniegu to daleko by nie uciekli, do hrabiego po pomoc posyłać, za daleko. Po kolejnej godzinie gdzie nic ustalić nie mogli do sali wszedł młody szewski pomocnik Cholewka i o posłuchanie grzecznie poprosił. I rzecze im tak "pogaście ognie we wsi, drzwi i okiennice pozawierajcie, kozom dzwonki poodczepiajcie i niech nikt hałasu żadnego nie czyni. Bandyci obcy są w tych stronach, po zmroku uda się ich wyprowadzić na manowce. A jak już im rzycie poodmarzają to im damy rady." Nic starsi lepszego nie wymyślili, to i młodego posłuchali. Ognie pogasić kazali, chałupy pozamykać i cicho siedzieć, a Cholewka wziął kilka pochodni, dzwonków bydlęcych, jakieś klekotki i w las poszedł. W lesie pochodnie pozapalał, na dzwonkach pogrywał, hałasy jakieś czynił i zanim się bandyci zorientowali, pół nocy minęło. Na koniec, zgodnie z planem, dzielny chłopak kompletnie przemarzniętych i skostniałych bandytów do wsi sprowadził. A tam już wszyscy na nich czekali. Kto co w obejściu miał, kose, widły czy cepy, wszystko w ruch poszło. Nawet się nie bardzo bronić mogli, tylko o zlitowanie prosili. Ulitowali się nad nimi chłopi, w loszku zamknęli i uradzili, że za wszelkie przewiny mają rok za parobków służyć. Później się okazało że większość z nich to całkiem porządne chłopy i po zakończeniu pokuty większość u nas została. Tak nasza wioska uratowana została. Od tego czasu na pamiątkę dzielnego Cholewki, srogiej zimy i ku pamięci tego że nawet największy bandyta może na dobrą drogę wrócić jak mu się solidnie plecy wygarbuje, co roku obchodzimy to święto. Przez cały dzień nie palimy ognia, nie robimy hałasu. Nocą zaś młodzi chodzą poprzebierani od chałupy do chałupy i jak kto się nie wykupi jadłem jakowymś czy kieliszkiem gorzałki to mu skórę dla zabawy wygarbują. Jednak jak który gospodarz co na sumieniu ma, chciwy był czy chytry to uważać musi, bo często mu się prawdziwe razy dostaną, tak ku opamiętaniu. A dnia następnego to normalnie już świętujemy, i jedzenie jest, i gorzałka i potańcówka. 

Na pomysł tego posta wpadłem zaraz po świętach, ale jakoś czasu i weny nie miałem, tak że dopiero teraz udało mi się go skończyć.
Siedziałem tak sobie z pełnym brzuchem myśląc o naszej ulubionej rozrywce i tknęło mnie, że w bardzo niewielu przygodach zdarzają się święta, zwłaszcza lokalne. Zdarzają się i owszem, święta związane z porami roku, przesilenia, Noc Kupały, czasem jakieś święto religijne. Choć szczerze powiem w większości światów fantasy z którymi się zetknąłem, temat ten jest potraktowany mocno po macoszemu. Niby tych bogów jest jak ulęgałek, ale poza "charakterem", kilkoma specjalnymi mocami którymi mogą obdarzyć swoich wyznawców, właściwie niczym się nie różnią. Gdzie cała mitologia? Dlaczego to bóstwo nienawidzi tamtego a innemu sprzyja? Dlaczego wyznawcy w dany dzień poszczą a w inny świętują? Rozumiem że podręczniki do RPG nie są z gumy, ale nasi MG zazwyczaj też nie wykazują się jakimś polotem w tej sprawie.

 Postanowiłem napisać więc mini poradnik. Żeby nasze święto miało "ręce i nogi" warto zastanowić się nad kilkoma punktami:

1. Kiedy świętujemy
Czy to będzie pierwszy dzień wiosny, 13 dni po tym jak lód zacznie pękać na lokalnym stawie czy podczas pierwszej pełni po zakończeniu zbiorów. Trzeba ustalić jakiś termin, i wcale nie musi to być konkretna data, wystarczy jeśli jasno da się ustalić kiedy to ma być. Vide wielkanoc. Co więcej, nie musi to być jeden dzień, może być kilka, ba, nawet cały miesiąc czy rok.

2. Dlaczego świętujemy
Co takiego się wydarzyło że warto o tym pamiętać? Ktoś się urodził, umarł, zrobił coś wielkiego czy głupiego, może po prostu zabawnego i ludzie chcą to pamiętać? A może po prostu jest to radość z przeżycia kolejnej zimy czy dobrych zbiorów? Równie dobrze może to być rocznica podpisania pokoju po wielkiej wojnie, urodziny króla, czy tak jak w opowiastce powyżej pamiątka uratowania wsi przed bandytami. Musi to być coś charakterystycznego. Dobre święto poznać po tym, że Wasi gracze nawet po pewnym czasie będą kojarzyć o co chodziło w tej wielkiej popijawie 23 października. 

3. Czym ten dzień różni się od innych
Święto musi się czymś wyróżniać. Czy to będzie fakt jedzenia ohydnej ryby, malowanych jajek na twardo, dawanie prezentów, robienie głupich dowcipów czy podpalenie opon i powieszenie kukły ubranej na niebiesko - nieważne. Po prostu musi się to robić tylko i wyłącznie tego dnia. Dobrze by było gdyby te wydarzenia były jakoś powiązane z tym dlaczego świętujemy, w sumie Tradycja to takie fajne imię dla dziewczynki, ale równie dobrze mogły pojawić się później jako nawiązanie do wcześniejszej historii. Na przykład rocznica śmierci króla po kilku(set) latach staje się okazją do wielkiej fety bo władca w sumie był draniem i tyranem. Czy to jest raczej skromna uczta w gronie rodzinnym, czy też może wielka procesja za kapłanem wokół murów miejskich?

4. Menu
Zazwyczaj święta łączą się z jedzeniem i piciem, no może poza tymi gdzie dla odmiany nic się nie je, ale to w sumie też można potraktować jako formę menu świątecznego. Jeśli już jest jedzenie, to też może być charakterystyczne tylko dla tego święta jak wcześniej wspomniana ryba. (Ktoś w ogóle jada karpie poza grudniem?) Jeśli jeszcze do tego zostanie wymyślone dlaczego akurat takie a nie inne potrawy spożywa się tego dnia, to tylko pomoże w uatrakcyjnieniu okoliczności.

5. Dodatkowe atrakcje
Czy oprócz wyżej wymienionych rzeczy, robi się coś jeszcze? Czy po skromnym rodzinnym śniadaniu i wizycie w świątyni robi się jeszcze coś ciekawego? Wcale nie muszą to być rzeczy charakterystyczne dla danego święta, raczej ogólnie związane ze świętowaniem w świecie Waszych przygód. Może organizowany jest turniej rzucania laserowym freesbie, wyścigi w beczkach czy może gonitwa z bykami? A może czarodzieje organizują pokaz sztucznych ogni a DJ'e potańcówkę w remizie?

6. Tabu/tajemnica
Jako dodatkową "wisienkę na torcie" można do takiego święta dołożyć jakieś "tabu". Na przykład, kto danego dnia przelał krew/jadł śliwki/ubrał się na zielono nie może uczestniczyć w uroczystości. Czy też może najpiękniejsza dziewica i zwycięzca zawodów strzeleckich po tym jak zostaną ukoronowani dębowymi liśćmi na królową i króla święta, po zachodzie słońca zostają złożeni w ofierze potworowi żyjącemu w jaskini pod miastem.

Święta oczywiście mogą być większe i mniejsze, obchodzone przez zamkniętą grupę etniczną czy ogólnopaństwowe. Może się tak zdarzyć, zwłaszcza w przypadku świąt państwowych i religijnych, że dane święto dla jednej grupy będzie to okazja do wielkiej fety a dla innej pamiątka wielkiej tragedii. 

Oczywiście trzeba to wszystko robić z głową, święta nie powinny występować zbyt często i nie powinny być zbyt powszechne. Niech to będzie coś na co wszyscy cały rok czekają, a wtedy same przygotowania do świętowania mogą być ciekawym tłem dla Waszych przygód. 

P.S. Mam zamiar dorobić moduł "świąteczny" do mojego generatora, ale o tym napiszę następnym razem.

sobota, 2 lutego 2013

Wielkie koszty zamknięcia wodnej bramy.

Kolejne trzy (sic) sesje za nami, a mnie nie udało mi się napisać na czas sprawozdania. Na szczęście grupie udało się, choć nie bez problemów, powstrzymać wroga i z pomocą przyjaciół zawalić wyjście z płaskowyżu zwane "Wodną Bramą".

Nie będę opowiadał farmazonów, malownicze opisy walk które toczyły się w tunelach trzeba było relacjonować na bieżąco, tak jak to robił MG na obsydianie. Potem nie dość że pamięć zawodzi to i nie wydają się tak malownicze. Mnie się to nie udało, więc wyszło jak zwykle. Podsumowując, nawet pobieżnie, walki w tunelach muszę jednak wspomnieć o kilku ważnych wydarzeniach. Po pierwsze i najważniejsze, straciliśmy naszego wiernego towarzysza i wodza - Koukasha. Po zakończeniu walk Simeon ciężko pracował jako nasza pomoc medyczna i skończyły mu się zioła, postanowił więc w wolnej chwili ruszyć na okoliczne pagórki i poszukać jeszcze jakiegoś zielska, w ramach obstawy na ochotnika zgłosił się Koukash. Niestety nie upilnowaliśmy go, sam był ciężko ranny i nie powinien nigdzie wychodzić. Niedługo po tym jak wyszli do lasu z krzaków wyskoczyły Wargi którym wcześniej udało się przebić przez nasze szeregi. Wódz nasz dzielnie stanął w obronie towarzysza blokując drogę potworom. Umożliwiło to wprawdzie bezpieczną ucieczkę Simeona i powiadomienie reszty o tym co się dzieje, ale zanim dotarliśmy na miejsce już było za późno... Ciało złożyliśmy w tunelu który miał być zawalony, a przed wejściem Simeon wyrył na skale napis "Tu leży Koukhash - potężny wojownik, zginął śmiercią heroiczną. Przechodniu powiedz Paezuri, że leżę tu posłuszny jej prawom".

Tunel udało się zawalić zgodnie z planem, choć zdążył się jeszcze jeden podejrzany wypadek. Otóż główny krasnoludzki inżynier który nadzorował prace został w tunelu! Nie wiem czy zrobił to specjalnie, czy wydarzył się jakiś wypadek, ale czuję pod skórą że jeszcze go spotkamy.

Powrót do Talzanii z jednej strony przypomina kondukt żałobny, ale z drugiej widać że dla miejscowych to wielkie święto. Po raz pierwszy od dawna nie są narażeni na podjazdy ze strony mieszkańców Płaskowyżu. Z uczty która później nastąpiła, pamiętam bardzo niewiele i nie pytajcie dlaczego. Mam tylko nadzieje że nie będę ojcem. Jedyny moment który z niewiadomych przyczyn kołacze się po głowie to zniknięcie Broula. Coś wspomniał o jakiejś zapłacie i zniknął. Jak się później okazało, załatwił nas bez mydła :/

Rankiem każdy został poproszony do wodza osady gdzie można powiedzieć, że rachunki z wsią zostały wyrównane, choć ja mam poważne podstawy sądzić że jeszcze nie byłem trzeźwy. Dodatkowo jako grupa zostaliśmy honorowymi mieszkańcami i dostaliśmy chatę Noglimaxa.

W naszej nowej chacie po śniadaniu ustalamy co robić dalej. Staje na tym, że na razie wracamy do Trzewii gdzie spróbujemy uzupełnić zapasy, odebrać długi i zamówione towary, a potem się zobaczy. Po szybkim pożegnaniu z mieszkańcami ruszamy mniej więcej tą samą trasą którą tu dotarliśmy. Podróż przebiega bez problemów, a jedyną ciekawostką jest to że w oddali napotykamy polankę na której stoją jakieś ruinki. Zapada decyzja żeby zbadać co to jest, ale ruinki okazują się czymś w rodzaju pręgierza, ot kamienny słupek z metalowym kołem na szczycie. W sumie nic ciekawego, pytanie po co komu pręgierz w środku lasu? A może to nie pręgierz tylko jakieś miejsce składania ofiar dzikim bestiom? Dziwne to bardzo, ale ruszamy w dalszą podróż. Po drodze odwiedzamy jeszcze grób Koukasha, a że zrobiło się już późno postanawiamy spędzić tam noc. Następnego dnia docieramy do lasu Odległych Szeptów gdzie pod wieczór udaje nam się koncertowo zgubić, na szczęście dzieje się to na "zmianie" Nuadu, więc nadal mogę brylować za najlepszego łowcę i tropiciela w okolicy :)

Chwilę po tym jak rozbijamy obóz prawie włazi nam do ogniska jakiś dziwny osobnik ciągnący muła na powrozie. Wygląda wprawdzie jak dwustuletni traper ale nadspodziewanie szybko potrafi zmaterializować kuszę w ręku. Na szczęście okazuje się w niegroźny, na imię ma Luka (muła nazywa Ingotem). Okazuje się że traper jest niezłym gawędziarzem i sporą część nocy spędzamy na słuchaniu opowieści o jego przygodach w okolicznych lasach. Niejako przy okazji Luka opowiada nam o dziwnym miejscu gdzie podniesiona rzeka wymyła kawał brzegu i widać teraz jakoweś ruiny, i za uczciwy udział w ewentualnych zyskach pokarze nam to miejsce. Rankiem ruszamy w dalszą drogę i okazuje się że do Trzewii był przysłowiowy "rzut kamieniem".

Szybki rajd po sklepach i odkrywamy straszną rzecz - cała nasza gotówka zmieniła się w suche liście!!! Najbardziej szlag trafia Kaszkura (nowa postać Tomka) który wykrzykuje "Winnego trzeba znaleźć, 70 litrów wódki poszło w pizdu”. Próbując zasięgnąć języka u miejscowych, od Gerrissa dowiadujemy się o legendzie jakoby to krążyła po wyspie pewna istota pomagająca ludziom w potrzebie, ale nie wynagrodzona odpowiednio wspomina coś o koniecznej zapłacie i znika. Po jakimś czasie okazuje się że znikają wszelakie monety. Coś wam to przypomina? Dobrze żę akurat gotówki mieliśmy niewiele a główna część skarbu była w klejnotach. Przy okazji znów nieoceniony okazał się Kaszkur "Wyciulali nas po całości, jeszcze w legendzie o tym będzie"

Przed zakończeniem sesji udaje nam się jeszcze odwiedzić rymarza, gdzie okazuje się że nasze nowe zbroje to będą gotowe... za kilka miesięcy. Nuadu prawie się załamał, bo niemalże z gołą rzycią biega, Nicto zamówimy mu zbroję u Zywalta, za tydzień powinna być. Na koniec Nuadu wyciągnął z betów wypasione pudełko z jeszcze bardziej wypasioną lunetą i zamówił sobie tubus, nieźle się obłowił w Talzanii. Ja nadal słabo wierzę co tam widziałem po imprezie...

Mimo że prawie "nic" się nie działo, jakoś wyjątkowo miło mi się grało. Mam też nadzieje że Tomek na dłużej z nami zabawi, bo zapowiada się kolejna barwna postać. Tylko Koukasha szkoda... [ ' ]

wtorek, 29 stycznia 2013

Nowy w drużynie

Moje trzy sztuki miedzi, czyli odpowiedź na polemikę którą zaczął Żuk na Obsydianie: http://www.obsidianportal.com/campaign/skrzydla-rocranon/adventure-log/dwug-os-o-r-wno-ci-i-poziomowaniu

Obecnie już sam nie wiem, czy to kwestia wielu godzin przegadanych ze Sławkiem, przeczytanych tych samych ton materiału czy też po prostu podobny sposób rozumienia sandboxowego grania, ale generalnie zgadzam się z naszym MG. Gramy w takim a nie innym stylu, i to czy na nas "wylezie" samotny stary i szczerbaty goblin czy zorganizowane komando trolli zapisanych do MENSA jest kwestią tylko i wyłącznie przypadku a nie z góry założonego scenariusza. Tak naprawdę więc nie ma większego znaczenia czy wszyscy będą mieli 6 czy 16 poziom, jak będziemy mieli pecha i jeszcze do tego głupio pogramy to będzie pozamiatane.

Druga sprawa, mechanika. Gramy w lekko modyfikowane AD&D 2ed., wg tego systemu u wojownika szansa trafienia wroga - THAC0, zmienia się co poziom o 5% (PIĘĆ!!) procent. W przypadku innych klas, jeszcze mniej.  Naprawdę jest o co kruszyć kopie? Jedyna widoczna na pierwszy rzut oka różnica to punkty życia, ale to też dotyczy wyłącznie klas walczących. Przeciętny mag ma nikłe szanse kiedykolwiek (!) w karierze przebić ilość HP jakie mój łowca ma na obecnym drugim poziomie. Czy oznacza to że taki mag jest bezużyteczny? Oczywiście że nie, co bardzo dobrze pokazał nam Finnor wielokrotnie ratując całą drużynę, a HP ma tyle, że czasem boję się na niego ostrzej spojrzeć żeby go nie zabić :) 

Po trzecie, drużyna. Samo zróżnicowanie postaci w drużynie generuje ciekawe sytuacje. Nie rzucimy się z pieśnią na ustach na każdego wroga bo będzie trzeba dbać o "młodych". A może wręcz przeciwnie, będzie trzeba ratować z tarapatów młodego kompana? Na razie jeszcze różnice są za małe, ale może za jakiś czas mogłyby nawiązać relację mistrz-uczeń? Swoją drogą śmierć Koukasha miała dokładnie takie podłoże, ratował słabszego (fizycznie) kompana, pech chciał że wyszło jak wyszło. To wielka kopalnia pomysłów do rozwinięcia w ramach samej drużyny. Przy okazji niejako naturalnie zostaje rozwiązana kwestia przywództwa w drużynie, a mówcie co chcecie, przywódca w drużynie powinien być*.
Żuk pytał o "cel grupy", wydaje mi się że na razie takiego celu nie mamy, a to czy po drodze będzie jakaś rotacja w składzie czy nie, realnie ma niewielki wpływ na potęgę całej drużyny. A ta będzie rosnąć, zarówno w poziomach, bogactwie jak i wpływach. 

Jeśli zaś zdarzyło by się tak, że w jednym momencie padnie kilku najbardziej doświadczonych a reszcie jednak uda się przeżyć... To mam nadzieję że będzie to na tyle heroiczna akcja że ocaleńcy opowiadając tą historię będzie za darmo pić przez pół roku we wszystkich okolicznych karczmach. No chyba że to będzie przykład wyjątkowej głupoty a nie heroizmu, choć niektórzy mówią że granica jest bardzo cienka :)

Po czwarte - fluff, czyli sama postać. Ja osobiście wolałbym rozwijać swoją postać od początku, od zera kreować to kim jest, jak się zachowuje, jak widzą ją inni, w czym jest dobra a w czym kompletnie sobie nie radzi. Może jestem zbyt leniwy, ale nawet nie chcę myśleć ile musiałbym pracy włożyć żeby nabrać tyle kolorytu co Koukash przez te kilkanaście sesji, a to "tylko" dwa poziomy!!! Dodatkowo taka "świeżynka", będzie w dużo lepszej sytuacji niż my na początku bo będzie miała do dyspozycji wsparcie reszty drużyny. 

Reasumując, gdybyśmy mieli demokrację a nie dyktaturę (hehe) Mistrza Gry, to głosowałbym za startowaniem każdej postaci od zera. Jeśli zaś ktoś będzie odczuwał przemożoną potrzebę grania od razu wysokopoziomowcem, ja z tym nie mam problemu. Wierzę że wszyscy gracze z naszej drużyny są na tyle rozsądni żeby nie zepsuć zabawy reszcie drużyny. Tylko po co? 

*) Swoją drogą będzie trzeba pogadać na następnej sesji kto przejmuje pałeczkę wodza. 

sobota, 5 stycznia 2013

Czerwone brygady

Kolejna, już piętnasta, sesja za nami, a ja po małej przerwie wracam do obowiązków kronikarza. W sesji udział wzieli: Mg, Finnor, Gorluk (nowa postać, witamy kolejnego gracza na pokładzie), Keffar, Koukash oraz Simeon. 

Dla przypomnienia, ostatnia sesja skończyła się na wyprawie do świątyni czy grobowca, który nasza sekcja mózgowców określiła jako "krasnoludzkie". Chcieli ją dokładnie zbadać, niestety nic z tego nie wyszło bo w korytarzu napotkaliśmy całkiem sporą grupkę czerwonoskórych. Tak, tak, czerwonoskórych goblinów, niestety zapomniałem sprawdzić czy są pomalowane czy taki mają odcień skóry. Nicto, sprawdzi się następnym razem. Gobliny chyba były równie zaskoczone co my, więc nie zastanawiając się specjalnie długo wycofaliśmy się na z góry upatrzone pozycje, to znaczy na pierwszą barykadę.

Za barykadą szybko podzieliliśmy obowiązki, ustawiliśmy szyki i czekamy. Początkowo wszystko szło zgodnie z przewidywaniami, gobliny wpadły w pierwszą pułapkę i świece dymne skutecznie uniemożliwiły im ostrzał naszych pozycji (mózgowcy 1, gobliny 0). Jak tylko zaczęły wyłazić ze ściany dymu udało mi się celnym strzałem w oko położyć pierwszego goblina (mięśniaki 1, gobliny 0). Swoją drogą to był chyba mój najbardziej fartowny rzut do tej pory, 20 na trafienie (na k20) czyli trafienie krytyczne i obrażenia x2, a następnie 6 (na k6) na obrażenia.

Niestety później już nie było tak różowo. Nie dość że czerwonoskórzy rozpoczęli ostrzał i Koukash zarobił trzy strzały, to jeszcze wylazł jakiś ichni szaman i magicznymi mocami znacznie osłabił wolę walki po naszej stronie. Koukash nie ułomek więc jakoś się trzymał, ale walka była bardzo zażarta i gdy tylko gobliny wdarły się na barykadę udało się im powtórzyć mój wyczyn (20 a potem 6). Nasz nowy towarzysz Gorluk dostał prosto w twarz ciężko okutą pałą ponosząc śmierć na miejscu (drużyna 4, gobliny 1). Zaczynało się robić naprawdę nieciekawie, przeciwnicy praktycznie przedzierali się już przez nasze umocnienia gdy sytuację, po raz kolejny, uratował Finnor. Znanym nam już czarem uśpił większość atakujących, a reszta nie wiedząc co się dzieje czym prędzej uciekła. Bitwa była wygrana! Koukash wprawdzie wpadł w szał bojowy i próbował tarczą atakować martwe już gobliny, ale jakoś w trzech chłopa udało się go uspokoić. 

Podczas przeszukania trupów i uśpionych okazało się, że jeden z goblinów odrobinę większy od reszty, ubrany był w dobrze wykonaną krasnoludzką kolczugę a w rękach dzierżył porządną tarczę i nadziak. Oględziny wykazały że wprawdzie kolczuga jest dla nas za mała, ale nadziak jest magiczny !!! Jeszcze nie wiadomo czym się ta magia objawia, ale jest co świętować to w końcu pierwszy egzemplarz magicznej broni w naszym arsenale. Tak wspaniałą broń mógł oczywiście przejąć tylko nasz dowódca - Koukash. Z samym szefem goblinów nie bardzo dało się porozumieć bo znał tylko kilka słów po naszemu, głównie "śmierć", a i nasza drużyna słabo zna goblini. Finalnie, z braku lepszych pomysłów, został przywiązany do barykady.

Wieczór przebiegał dość spokojnie, większość wcześniej walczących odpoczywała w jaskiniach i poza małym zwiadem koboldów nie działo się nic ciekawego. Ciekawie zaczęło się robić dopiero koło północy gdy warta z pierwszej barykady dała znać że w korytarzu stoi samotny goblin ze szmatą na kiju. Tak jak podejrzewaliśmy chcieli gadać, dość dobrze zbudowany goblin płynnym wspólnym wyjaśnił, że jeśli wypuścimy jego klan to oni sobie spokojnie odejdą i nie będą nam przeszkadzać w dalszym zawaleniu korytarzy. Jak dla mnie był coś za sprytny i pewnie zaraz po tym jak byśmy ich wypuścili, zaatakowali by nas od tyłu. Niestety dopiero po pewnym czasie przyszła mi do głowy myśl, że to my moglibyśmy ich rozbroić a następnie zagnać do jaskini, ale na to już za późno. Nasz dowódca nie zgodził się na takie umowy i zgodnie z przewidywaniami nad ranem nastąpił kolejny atak. Tym razem atakowała nas goblinia kawaleria na Wargach. Większość udało się zatrzymać, ale tych kilku którzy się przedarli rzuciło czymś co przypominało olej na barykadę. Nasze podejrzenia potwierdziły się gdy z tylnich szeregów wroga wysunęli się łucznicy z płonącymi strzałami. Będą nas chcieli puścić z dymem...

W świecie realnym zrobiło się już późno i na tym zakończyliśmy sesję. Jak do tej pory to była chyba najkrwawsza przygoda w naszej historii, nie dość że padło na prawdę sporo czerwonoskórych, to również padł nasz towarzysz. Z niecierpliwością czekam na dalszy ciąg, choć obawiam się że możemy mieć poważne problemy w utrzymaniu co najmniej pierwszej barykady.

P.S. Trzeba na szybko wymyślić coś przeciw Wargom bo ich chyba nie braliśmy pod uwagę w naszych założeniach. 

czwartek, 6 grudnia 2012

To ja go tnę...

Wpis ten jest częściowo odpowiedzią na wpis Tsara na Obydianie a częściowo moimi przemyśleniami na ten temat.

Walka trwała od kilku minut, zasadzka udała się znakomicie, zwalone w poprzek drogi drzewa skutecznie zablokowały wszelki ruch karawany. Krzyki rannych i jeszcze walczących słychać było z wszystkich stron. Nagle, kompletnie wszystkich zaskakując, zza drzewa wyskoczył wielki zwierzoczłek z głową byka i kopytami zamiast stóp. Jego umięśnione ludzkie ciało okryte było oksydowaną na czarno kolczugą, w jednym ręku dzierżył wielki topór a w drugiej tarczę z wymalowanym symbolem Złamanego Rogu - klanu napadającego od kilku miesięcy na podróżnych w tej okolicy. Wyrywając kopytami darń rzucił się z krzykiem w stronę najbliższego ochroniarza i w kilka sekund znalazł się w odległości umożliwiającej atak. Pierwsze uderzenie wykonane zza głowy na szczęście chybiło celu, ale potwór szybko odzyskał równowagę i niemalże tanecznym ruchem odsunął się na bezpieczną odległość. 

- Co robisz? - pyta MG.
- To ja go tnę. - odpowiada gracz. 
- Opadł mi nawet cholesterol... - westchnął MG. 

Brzmi znajomo? Niestety zdarza się to i doświadczonym graczom, dlaczego? Nie wiem. Co więcej temat już był do tego stopnia wałkowany na różnych forach, blogach i stronach tematycznych, że aż sam sprawdziłem czy na moim młodym blogu już tego tematu nie poruszałem. Zapytacie i cóż z tego? Ano nic, powiem więcej, i bardzo dobrze żeby jest tak wałkowany. Moim skromnym zdaniem RPG to trochę jak seks grupowy, fajnie się dogadać wcześniej co kto lubi, tak żeby wszystkim się później podobało i nikt nie czuł się pominięty. Nie może być tak jak w powyższym opisie, Mistrz Gry po czymś albo się zniechęci, albo zniechęcą się naciskani na kwieciste opisy gracze. Dobrze by było gdyby każda ekipa na początku wspólnej kampanii ustaliła takie sprawy, tak jak ustala się że gramy w określone dni tygodnia i stosujemy takie a nie inne zasady mechaniki. 

To co zaproponował Sławek, to nawet według mnie wyższy poziom zaawansowania gracza, nie mylić z postacią którą odgrywa. Jedno to odgrywanie postaci, pełne wykorzystanie wszelkich jej cech, zdolności, specjalnych umiejętności i także, co chyba nawet ważniejsze, tego kim postać jest i dlaczego się tak zachowa w danych okolicznościach. A drugie to połączenie tego z resztą drużyny oraz wszystkimi zausznikami. Nie jest to proste, może, choć nie musi,  znacznie wydłużyć starcie, ale wydaje mi się że warto. Efekt może być więcej niż ciekawy. Wydaje mi się że przedstawienie sytuacji za pomocą planszy i figurek bynajmniej nie przeszkadza a niektórym nawet może pomóc w ogarnięciu sytuacji na polu walki. Tak czy inaczej popieram w stu procentach i postaram się od dzisiejszej sesji stosować taką rozwiniętą metodę opisu.

Druga rzecz którą poruszył Sławek, to ta nieszczęsna "runda" w AD&D trwająca całe sześćdziesiąt sekund. Ja jakoś nigdy nie miałem z tym problemu, po prostu przyjąłem że walka to seria ciosów, zastaw, uników a finalny rzut kością to nie jest jedno konkretne uderzenie tylko ogólne "podsumowanie" tej minionej minuty. Coś w stylu bardzo umownej średniej pomiędzy umiejętnościami ataku i obrony. Traktowanie rzutu jako określania rezultatu każdego machnięcia mieczem nie ma sensu. Oczywiście że w ciągu minuty można na upartego dźgnąć nożem jakieś 120 razy, ale czy to w realnej walce miało by jakiś sens? Zauważcie, że ilość "kości życia" w AD&D i pochodnych, odpowiada również za wyczerpanie walką, a nie tylko za używanie później w cRPG było określone jako "hit points". To że w danej rundzie "zadałeś 6 punktów" nie musi oznaczać przebicia przeciwnika na wylot. Może równie dobrze oznaczać taką przewagę, że przeciwnik się zmęczył unikając ciosów, a może się potknął, skręcił kostkę, a może rzeczywiście zadałeś mu poważną ranę w brzuch i następnej takiej rundy już może nie wytrzymać? Nie wiem czy ktoś z Was walczył kiedyś mieczem, ja gdy byłem te 30 kg młodszy i byłem w dużo lepszej kondycji miałem tą przyjemność. Wiem doskonale że po kilku minutach (rundach!) takiej pozorowanej walki człowiek był kompletnie wykończony, mimo że tak na prawdę nie dostał żadnej rany!!! Pewnie gdyby to była prawdziwa walka od której zależy moje życie dałbym z siebie więcej, ale nie znaczy to że byłbym mniej zmęczony.
W grze wszystko sprowadza się tak na prawdę do tego samego o czym mówiliśmy wcześniej, do opisu jak ta walka wygląda. Można w kilkanaście sekund naprawdę fajnie opisać całą minutę potyczki, i to opowiadając co robią OBIE strony, a dobry MG jeszcze się z tego ucieszy. Można nawet zrobić eksperyment i opowiadać co się stało już PO rzucie kością, czyli znając rezultat całego starcia.

To samo dotyczy strzelania, i to z dowolnej broni. Wprawdzie o strzelaniu z łuku dużo więcej ode mnie może powiedzieć nasz MG, ale wydaje mi się że nie każdy jest Legolasem na turbodoładowaniu. Oddanie CELNEGO strzału w ruchomy cel na większą odległość zajmuje trochę więcej czasu niż wyjęcie strzały z kołczana. Zakładając więc, że nie szyjemy seriami mniej więcej w kierunku nacierającej chordy orków, może to zająć nawet i 30 sekund? Myślę że może, co daje nam uśrednione dwa strzały na rundę... 

Jedyne co tak naprawdę nie pasuje do tego całego systemu to reguły poruszania się. Wprawdzie są już osobnicy którzy potrafią przebiec w dziesięć sekund i sto metrów, ale nie są obwieszeni żelastwem i po takim biegu przez dłuższą chwilę nadają się tylko do wiszenia na rampie kończącej tor. Pomijając takie ekstrema nadal możemy śmiało założyć, że normalny nie związany walką (!) człowiek w minutę może przejść więcej niż kilka metrów. Skąd się to wzięło autorom systemu, niestety pozostaje dla mnie niepojęte. Zastanawiałem się kilka razy co można z tym zrobić, i wyjścia są dwa - albo poważnie skraca się turę burząc moim zdaniem spójność systemu walki, albo wydłuża możliwe do przejścia odległości. Ja preferuję to drugie wyjście. 

Wpis robi się przydługi, ale chciałem jeszcze poruszyć ostatnią kwestię - Inicjatywę. Bardzo podoba mi się pomysł odwróconej deklaracji. Tj. pierwsi deklarują działania najwolniejsi, a wykonuje się je później od najszybszych. Co więcej, bardzo poważnie zastanowiłbym się nad możliwością jakiekolwiek zmiany we wcześniej zdeklarowanych czynnościach. Dlaczego? Dwa przykłady:
1. Zadeklarowałeś że strzelasz do orka którego ktoś wcześniej zabił? Trudno, celowałeś przez ostatnie kilkanaście sekund właśnie do tego. Nie zdążysz wycelować w innego, najwyżej trup dostanie drugą strzałę.
2. Razem z towarzyszem okładaliście razem z jednego orka a szybszy kolega go dobił, trudno, on już wcześniej policzył bonus za Twoją pomoc, nie możesz atakować innego.
Może to i brutalne, ale powinno w naturalny sposób wyrobić nawyk przemyślanych w kontekście całej drużyny deklaracji.

Myślę że na dziś wystarczy zrzędzenia, pozdrawiam  i czekam na komentarze. 

poniedziałek, 3 grudnia 2012

Miejska dżungla

Jak zapewne wiecie ostatnimi czasy przeżywam okres fascynacji wszelkiego rodzaju sanboxami.  Choć przyznam że słyszałem o jednej czy dwóch toczących się w kosmosie, to większość tego typu gier toczy się w scenerii fantasy. Nigdy za to nawet nie słyszałem o miejskim (!) sandboxie cyberpunkowym...

Wyobraźcie sobie, że miasto przyszłości to dżungla, wielka, niezbadana, dzika dżungla... Cóż z tego że w każdej chwili możecie pobrać do waszych komórek/laptopów/wszczepów pamięci idealnie odwzorowującą rzeczywisty układ ulic mapę z google maps skoro tak naprawdę nie ma na tych mapach najistotniejszych informacji. Powiecie że są notki o bankomatach, lecznicach, kafeteriach i promocjach, owszem są. Tylko dla Was jako dzieci ulicy są kompletnie nieprzydatne. Dlaczego? Dlatego że ochrona nigdy nie wpuści takich jak Wy do galerii, a nawet jeśli to z waszymi zarobkami możecie sobie co najwyżej polizać szybkę. 

Istotne informacje istnieją tylko w pamięci ludzi którzy żyją na tych ulicach. To gdzie jest czarnorynkowy market, jaki gang akurat opanował ten kwartał ulic czy informacja gdzie można znaleźć nielegalne części do nieautoryzowanych cyborgizacji. To są cenne informacje i to często na wagę złota, bo mogą uratować czyjeś życie. A tak cennych informacji w google'ach nie znajdziecie.

Co powiecie na takiego sandboxa? Gama możliwości jest praktycznie nieskończona. Własnego samochodu nie macie, a w tej okolicy taksówki się nie zatrzymują. Sama podróż do sąsiedniej dzielnicy gdzie ponoć mieszka stary fixer posiadający części do respiratora matki może stanowić wstęp do mini kampanii. Po drodze można spotkać całą bandę najdziwniejszych stworzeń, przyjaznych jak i wrogich, skarby, lochy czy dziwne świątynie. Wszystko co tylko przyjdzie Wam do głowy można znaleźć w mieście. Cóż z tego że lochem może być podmiejski kompleks R&D jakiejś firmy, a świątynia kolejnym ortodoksyjnym odłamem Kościoła Cyber Jezusa. Zapytacie o potwory? A mało tego w mieście? Zmutowane aligatory w kanałach czy zdziczałe hordy psów to najbardziej sztampowe przykłady. Może chcecie smoka? Bo słyszałem, że gdzieś w okolicy krąży oszalała sztuczna inteligencja w cyber ciele tyranozaura. A może coś się wydostało z prywatnego zoo jakiegoś bogatego świra?

Pewnym założeniem mogło by być żeby gracze, przynajmniej na początku, nie posiadali zbyt wielkich zasobów, ale też ciekawym pomysłem może być rzucenie super bogatego Corpo-Garnitura w takie środowisko gdzie super wypaśny telefon nie działa a jego platynowa karta może służyć tylko jako urządzenie do dzielenia kokainy*. Miasto też nie powinno przypominać centrum Warszawy, a raczej przemysłowe przedmieścia, ale to też tylko kwestia kilku dobrych pomysłów a nie sztywnych ograniczeń. Nawet szklane centrum miast może mieć swoją ukrytą "podszewkę", czego świetnym przykładem może być gra "Mirrors Edge" opowiadająca o kurierach żyjących na dachach budynków korporacji. Pamiętajcie, miasto to dżungla...

Miała być krótka notka o głupim pomyśle, ale w trakcie jej pisania sam się nakręciłem i przyszło mi do głowy tysiące pomysłów. Może coś z tego sklecę?

*) Ktoś kojarzy "The Night Before" z Keanu Reevs'em? :)