wtorek, 29 stycznia 2013

Nowy w drużynie

Moje trzy sztuki miedzi, czyli odpowiedź na polemikę którą zaczął Żuk na Obsydianie: http://www.obsidianportal.com/campaign/skrzydla-rocranon/adventure-log/dwug-os-o-r-wno-ci-i-poziomowaniu

Obecnie już sam nie wiem, czy to kwestia wielu godzin przegadanych ze Sławkiem, przeczytanych tych samych ton materiału czy też po prostu podobny sposób rozumienia sandboxowego grania, ale generalnie zgadzam się z naszym MG. Gramy w takim a nie innym stylu, i to czy na nas "wylezie" samotny stary i szczerbaty goblin czy zorganizowane komando trolli zapisanych do MENSA jest kwestią tylko i wyłącznie przypadku a nie z góry założonego scenariusza. Tak naprawdę więc nie ma większego znaczenia czy wszyscy będą mieli 6 czy 16 poziom, jak będziemy mieli pecha i jeszcze do tego głupio pogramy to będzie pozamiatane.

Druga sprawa, mechanika. Gramy w lekko modyfikowane AD&D 2ed., wg tego systemu u wojownika szansa trafienia wroga - THAC0, zmienia się co poziom o 5% (PIĘĆ!!) procent. W przypadku innych klas, jeszcze mniej.  Naprawdę jest o co kruszyć kopie? Jedyna widoczna na pierwszy rzut oka różnica to punkty życia, ale to też dotyczy wyłącznie klas walczących. Przeciętny mag ma nikłe szanse kiedykolwiek (!) w karierze przebić ilość HP jakie mój łowca ma na obecnym drugim poziomie. Czy oznacza to że taki mag jest bezużyteczny? Oczywiście że nie, co bardzo dobrze pokazał nam Finnor wielokrotnie ratując całą drużynę, a HP ma tyle, że czasem boję się na niego ostrzej spojrzeć żeby go nie zabić :) 

Po trzecie, drużyna. Samo zróżnicowanie postaci w drużynie generuje ciekawe sytuacje. Nie rzucimy się z pieśnią na ustach na każdego wroga bo będzie trzeba dbać o "młodych". A może wręcz przeciwnie, będzie trzeba ratować z tarapatów młodego kompana? Na razie jeszcze różnice są za małe, ale może za jakiś czas mogłyby nawiązać relację mistrz-uczeń? Swoją drogą śmierć Koukasha miała dokładnie takie podłoże, ratował słabszego (fizycznie) kompana, pech chciał że wyszło jak wyszło. To wielka kopalnia pomysłów do rozwinięcia w ramach samej drużyny. Przy okazji niejako naturalnie zostaje rozwiązana kwestia przywództwa w drużynie, a mówcie co chcecie, przywódca w drużynie powinien być*.
Żuk pytał o "cel grupy", wydaje mi się że na razie takiego celu nie mamy, a to czy po drodze będzie jakaś rotacja w składzie czy nie, realnie ma niewielki wpływ na potęgę całej drużyny. A ta będzie rosnąć, zarówno w poziomach, bogactwie jak i wpływach. 

Jeśli zaś zdarzyło by się tak, że w jednym momencie padnie kilku najbardziej doświadczonych a reszcie jednak uda się przeżyć... To mam nadzieję że będzie to na tyle heroiczna akcja że ocaleńcy opowiadając tą historię będzie za darmo pić przez pół roku we wszystkich okolicznych karczmach. No chyba że to będzie przykład wyjątkowej głupoty a nie heroizmu, choć niektórzy mówią że granica jest bardzo cienka :)

Po czwarte - fluff, czyli sama postać. Ja osobiście wolałbym rozwijać swoją postać od początku, od zera kreować to kim jest, jak się zachowuje, jak widzą ją inni, w czym jest dobra a w czym kompletnie sobie nie radzi. Może jestem zbyt leniwy, ale nawet nie chcę myśleć ile musiałbym pracy włożyć żeby nabrać tyle kolorytu co Koukash przez te kilkanaście sesji, a to "tylko" dwa poziomy!!! Dodatkowo taka "świeżynka", będzie w dużo lepszej sytuacji niż my na początku bo będzie miała do dyspozycji wsparcie reszty drużyny. 

Reasumując, gdybyśmy mieli demokrację a nie dyktaturę (hehe) Mistrza Gry, to głosowałbym za startowaniem każdej postaci od zera. Jeśli zaś ktoś będzie odczuwał przemożoną potrzebę grania od razu wysokopoziomowcem, ja z tym nie mam problemu. Wierzę że wszyscy gracze z naszej drużyny są na tyle rozsądni żeby nie zepsuć zabawy reszcie drużyny. Tylko po co? 

*) Swoją drogą będzie trzeba pogadać na następnej sesji kto przejmuje pałeczkę wodza. 

sobota, 5 stycznia 2013

Czerwone brygady

Kolejna, już piętnasta, sesja za nami, a ja po małej przerwie wracam do obowiązków kronikarza. W sesji udział wzieli: Mg, Finnor, Gorluk (nowa postać, witamy kolejnego gracza na pokładzie), Keffar, Koukash oraz Simeon. 

Dla przypomnienia, ostatnia sesja skończyła się na wyprawie do świątyni czy grobowca, który nasza sekcja mózgowców określiła jako "krasnoludzkie". Chcieli ją dokładnie zbadać, niestety nic z tego nie wyszło bo w korytarzu napotkaliśmy całkiem sporą grupkę czerwonoskórych. Tak, tak, czerwonoskórych goblinów, niestety zapomniałem sprawdzić czy są pomalowane czy taki mają odcień skóry. Nicto, sprawdzi się następnym razem. Gobliny chyba były równie zaskoczone co my, więc nie zastanawiając się specjalnie długo wycofaliśmy się na z góry upatrzone pozycje, to znaczy na pierwszą barykadę.

Za barykadą szybko podzieliliśmy obowiązki, ustawiliśmy szyki i czekamy. Początkowo wszystko szło zgodnie z przewidywaniami, gobliny wpadły w pierwszą pułapkę i świece dymne skutecznie uniemożliwiły im ostrzał naszych pozycji (mózgowcy 1, gobliny 0). Jak tylko zaczęły wyłazić ze ściany dymu udało mi się celnym strzałem w oko położyć pierwszego goblina (mięśniaki 1, gobliny 0). Swoją drogą to był chyba mój najbardziej fartowny rzut do tej pory, 20 na trafienie (na k20) czyli trafienie krytyczne i obrażenia x2, a następnie 6 (na k6) na obrażenia.

Niestety później już nie było tak różowo. Nie dość że czerwonoskórzy rozpoczęli ostrzał i Koukash zarobił trzy strzały, to jeszcze wylazł jakiś ichni szaman i magicznymi mocami znacznie osłabił wolę walki po naszej stronie. Koukash nie ułomek więc jakoś się trzymał, ale walka była bardzo zażarta i gdy tylko gobliny wdarły się na barykadę udało się im powtórzyć mój wyczyn (20 a potem 6). Nasz nowy towarzysz Gorluk dostał prosto w twarz ciężko okutą pałą ponosząc śmierć na miejscu (drużyna 4, gobliny 1). Zaczynało się robić naprawdę nieciekawie, przeciwnicy praktycznie przedzierali się już przez nasze umocnienia gdy sytuację, po raz kolejny, uratował Finnor. Znanym nam już czarem uśpił większość atakujących, a reszta nie wiedząc co się dzieje czym prędzej uciekła. Bitwa była wygrana! Koukash wprawdzie wpadł w szał bojowy i próbował tarczą atakować martwe już gobliny, ale jakoś w trzech chłopa udało się go uspokoić. 

Podczas przeszukania trupów i uśpionych okazało się, że jeden z goblinów odrobinę większy od reszty, ubrany był w dobrze wykonaną krasnoludzką kolczugę a w rękach dzierżył porządną tarczę i nadziak. Oględziny wykazały że wprawdzie kolczuga jest dla nas za mała, ale nadziak jest magiczny !!! Jeszcze nie wiadomo czym się ta magia objawia, ale jest co świętować to w końcu pierwszy egzemplarz magicznej broni w naszym arsenale. Tak wspaniałą broń mógł oczywiście przejąć tylko nasz dowódca - Koukash. Z samym szefem goblinów nie bardzo dało się porozumieć bo znał tylko kilka słów po naszemu, głównie "śmierć", a i nasza drużyna słabo zna goblini. Finalnie, z braku lepszych pomysłów, został przywiązany do barykady.

Wieczór przebiegał dość spokojnie, większość wcześniej walczących odpoczywała w jaskiniach i poza małym zwiadem koboldów nie działo się nic ciekawego. Ciekawie zaczęło się robić dopiero koło północy gdy warta z pierwszej barykady dała znać że w korytarzu stoi samotny goblin ze szmatą na kiju. Tak jak podejrzewaliśmy chcieli gadać, dość dobrze zbudowany goblin płynnym wspólnym wyjaśnił, że jeśli wypuścimy jego klan to oni sobie spokojnie odejdą i nie będą nam przeszkadzać w dalszym zawaleniu korytarzy. Jak dla mnie był coś za sprytny i pewnie zaraz po tym jak byśmy ich wypuścili, zaatakowali by nas od tyłu. Niestety dopiero po pewnym czasie przyszła mi do głowy myśl, że to my moglibyśmy ich rozbroić a następnie zagnać do jaskini, ale na to już za późno. Nasz dowódca nie zgodził się na takie umowy i zgodnie z przewidywaniami nad ranem nastąpił kolejny atak. Tym razem atakowała nas goblinia kawaleria na Wargach. Większość udało się zatrzymać, ale tych kilku którzy się przedarli rzuciło czymś co przypominało olej na barykadę. Nasze podejrzenia potwierdziły się gdy z tylnich szeregów wroga wysunęli się łucznicy z płonącymi strzałami. Będą nas chcieli puścić z dymem...

W świecie realnym zrobiło się już późno i na tym zakończyliśmy sesję. Jak do tej pory to była chyba najkrwawsza przygoda w naszej historii, nie dość że padło na prawdę sporo czerwonoskórych, to również padł nasz towarzysz. Z niecierpliwością czekam na dalszy ciąg, choć obawiam się że możemy mieć poważne problemy w utrzymaniu co najmniej pierwszej barykady.

P.S. Trzeba na szybko wymyślić coś przeciw Wargom bo ich chyba nie braliśmy pod uwagę w naszych założeniach. 

czwartek, 6 grudnia 2012

To ja go tnę...

Wpis ten jest częściowo odpowiedzią na wpis Tsara na Obydianie a częściowo moimi przemyśleniami na ten temat.

Walka trwała od kilku minut, zasadzka udała się znakomicie, zwalone w poprzek drogi drzewa skutecznie zablokowały wszelki ruch karawany. Krzyki rannych i jeszcze walczących słychać było z wszystkich stron. Nagle, kompletnie wszystkich zaskakując, zza drzewa wyskoczył wielki zwierzoczłek z głową byka i kopytami zamiast stóp. Jego umięśnione ludzkie ciało okryte było oksydowaną na czarno kolczugą, w jednym ręku dzierżył wielki topór a w drugiej tarczę z wymalowanym symbolem Złamanego Rogu - klanu napadającego od kilku miesięcy na podróżnych w tej okolicy. Wyrywając kopytami darń rzucił się z krzykiem w stronę najbliższego ochroniarza i w kilka sekund znalazł się w odległości umożliwiającej atak. Pierwsze uderzenie wykonane zza głowy na szczęście chybiło celu, ale potwór szybko odzyskał równowagę i niemalże tanecznym ruchem odsunął się na bezpieczną odległość. 

- Co robisz? - pyta MG.
- To ja go tnę. - odpowiada gracz. 
- Opadł mi nawet cholesterol... - westchnął MG. 

Brzmi znajomo? Niestety zdarza się to i doświadczonym graczom, dlaczego? Nie wiem. Co więcej temat już był do tego stopnia wałkowany na różnych forach, blogach i stronach tematycznych, że aż sam sprawdziłem czy na moim młodym blogu już tego tematu nie poruszałem. Zapytacie i cóż z tego? Ano nic, powiem więcej, i bardzo dobrze żeby jest tak wałkowany. Moim skromnym zdaniem RPG to trochę jak seks grupowy, fajnie się dogadać wcześniej co kto lubi, tak żeby wszystkim się później podobało i nikt nie czuł się pominięty. Nie może być tak jak w powyższym opisie, Mistrz Gry po czymś albo się zniechęci, albo zniechęcą się naciskani na kwieciste opisy gracze. Dobrze by było gdyby każda ekipa na początku wspólnej kampanii ustaliła takie sprawy, tak jak ustala się że gramy w określone dni tygodnia i stosujemy takie a nie inne zasady mechaniki. 

To co zaproponował Sławek, to nawet według mnie wyższy poziom zaawansowania gracza, nie mylić z postacią którą odgrywa. Jedno to odgrywanie postaci, pełne wykorzystanie wszelkich jej cech, zdolności, specjalnych umiejętności i także, co chyba nawet ważniejsze, tego kim postać jest i dlaczego się tak zachowa w danych okolicznościach. A drugie to połączenie tego z resztą drużyny oraz wszystkimi zausznikami. Nie jest to proste, może, choć nie musi,  znacznie wydłużyć starcie, ale wydaje mi się że warto. Efekt może być więcej niż ciekawy. Wydaje mi się że przedstawienie sytuacji za pomocą planszy i figurek bynajmniej nie przeszkadza a niektórym nawet może pomóc w ogarnięciu sytuacji na polu walki. Tak czy inaczej popieram w stu procentach i postaram się od dzisiejszej sesji stosować taką rozwiniętą metodę opisu.

Druga rzecz którą poruszył Sławek, to ta nieszczęsna "runda" w AD&D trwająca całe sześćdziesiąt sekund. Ja jakoś nigdy nie miałem z tym problemu, po prostu przyjąłem że walka to seria ciosów, zastaw, uników a finalny rzut kością to nie jest jedno konkretne uderzenie tylko ogólne "podsumowanie" tej minionej minuty. Coś w stylu bardzo umownej średniej pomiędzy umiejętnościami ataku i obrony. Traktowanie rzutu jako określania rezultatu każdego machnięcia mieczem nie ma sensu. Oczywiście że w ciągu minuty można na upartego dźgnąć nożem jakieś 120 razy, ale czy to w realnej walce miało by jakiś sens? Zauważcie, że ilość "kości życia" w AD&D i pochodnych, odpowiada również za wyczerpanie walką, a nie tylko za używanie później w cRPG było określone jako "hit points". To że w danej rundzie "zadałeś 6 punktów" nie musi oznaczać przebicia przeciwnika na wylot. Może równie dobrze oznaczać taką przewagę, że przeciwnik się zmęczył unikając ciosów, a może się potknął, skręcił kostkę, a może rzeczywiście zadałeś mu poważną ranę w brzuch i następnej takiej rundy już może nie wytrzymać? Nie wiem czy ktoś z Was walczył kiedyś mieczem, ja gdy byłem te 30 kg młodszy i byłem w dużo lepszej kondycji miałem tą przyjemność. Wiem doskonale że po kilku minutach (rundach!) takiej pozorowanej walki człowiek był kompletnie wykończony, mimo że tak na prawdę nie dostał żadnej rany!!! Pewnie gdyby to była prawdziwa walka od której zależy moje życie dałbym z siebie więcej, ale nie znaczy to że byłbym mniej zmęczony.
W grze wszystko sprowadza się tak na prawdę do tego samego o czym mówiliśmy wcześniej, do opisu jak ta walka wygląda. Można w kilkanaście sekund naprawdę fajnie opisać całą minutę potyczki, i to opowiadając co robią OBIE strony, a dobry MG jeszcze się z tego ucieszy. Można nawet zrobić eksperyment i opowiadać co się stało już PO rzucie kością, czyli znając rezultat całego starcia.

To samo dotyczy strzelania, i to z dowolnej broni. Wprawdzie o strzelaniu z łuku dużo więcej ode mnie może powiedzieć nasz MG, ale wydaje mi się że nie każdy jest Legolasem na turbodoładowaniu. Oddanie CELNEGO strzału w ruchomy cel na większą odległość zajmuje trochę więcej czasu niż wyjęcie strzały z kołczana. Zakładając więc, że nie szyjemy seriami mniej więcej w kierunku nacierającej chordy orków, może to zająć nawet i 30 sekund? Myślę że może, co daje nam uśrednione dwa strzały na rundę... 

Jedyne co tak naprawdę nie pasuje do tego całego systemu to reguły poruszania się. Wprawdzie są już osobnicy którzy potrafią przebiec w dziesięć sekund i sto metrów, ale nie są obwieszeni żelastwem i po takim biegu przez dłuższą chwilę nadają się tylko do wiszenia na rampie kończącej tor. Pomijając takie ekstrema nadal możemy śmiało założyć, że normalny nie związany walką (!) człowiek w minutę może przejść więcej niż kilka metrów. Skąd się to wzięło autorom systemu, niestety pozostaje dla mnie niepojęte. Zastanawiałem się kilka razy co można z tym zrobić, i wyjścia są dwa - albo poważnie skraca się turę burząc moim zdaniem spójność systemu walki, albo wydłuża możliwe do przejścia odległości. Ja preferuję to drugie wyjście. 

Wpis robi się przydługi, ale chciałem jeszcze poruszyć ostatnią kwestię - Inicjatywę. Bardzo podoba mi się pomysł odwróconej deklaracji. Tj. pierwsi deklarują działania najwolniejsi, a wykonuje się je później od najszybszych. Co więcej, bardzo poważnie zastanowiłbym się nad możliwością jakiekolwiek zmiany we wcześniej zdeklarowanych czynnościach. Dlaczego? Dwa przykłady:
1. Zadeklarowałeś że strzelasz do orka którego ktoś wcześniej zabił? Trudno, celowałeś przez ostatnie kilkanaście sekund właśnie do tego. Nie zdążysz wycelować w innego, najwyżej trup dostanie drugą strzałę.
2. Razem z towarzyszem okładaliście razem z jednego orka a szybszy kolega go dobił, trudno, on już wcześniej policzył bonus za Twoją pomoc, nie możesz atakować innego.
Może to i brutalne, ale powinno w naturalny sposób wyrobić nawyk przemyślanych w kontekście całej drużyny deklaracji.

Myślę że na dziś wystarczy zrzędzenia, pozdrawiam  i czekam na komentarze. 

poniedziałek, 3 grudnia 2012

Miejska dżungla

Jak zapewne wiecie ostatnimi czasy przeżywam okres fascynacji wszelkiego rodzaju sanboxami.  Choć przyznam że słyszałem o jednej czy dwóch toczących się w kosmosie, to większość tego typu gier toczy się w scenerii fantasy. Nigdy za to nawet nie słyszałem o miejskim (!) sandboxie cyberpunkowym...

Wyobraźcie sobie, że miasto przyszłości to dżungla, wielka, niezbadana, dzika dżungla... Cóż z tego że w każdej chwili możecie pobrać do waszych komórek/laptopów/wszczepów pamięci idealnie odwzorowującą rzeczywisty układ ulic mapę z google maps skoro tak naprawdę nie ma na tych mapach najistotniejszych informacji. Powiecie że są notki o bankomatach, lecznicach, kafeteriach i promocjach, owszem są. Tylko dla Was jako dzieci ulicy są kompletnie nieprzydatne. Dlaczego? Dlatego że ochrona nigdy nie wpuści takich jak Wy do galerii, a nawet jeśli to z waszymi zarobkami możecie sobie co najwyżej polizać szybkę. 

Istotne informacje istnieją tylko w pamięci ludzi którzy żyją na tych ulicach. To gdzie jest czarnorynkowy market, jaki gang akurat opanował ten kwartał ulic czy informacja gdzie można znaleźć nielegalne części do nieautoryzowanych cyborgizacji. To są cenne informacje i to często na wagę złota, bo mogą uratować czyjeś życie. A tak cennych informacji w google'ach nie znajdziecie.

Co powiecie na takiego sandboxa? Gama możliwości jest praktycznie nieskończona. Własnego samochodu nie macie, a w tej okolicy taksówki się nie zatrzymują. Sama podróż do sąsiedniej dzielnicy gdzie ponoć mieszka stary fixer posiadający części do respiratora matki może stanowić wstęp do mini kampanii. Po drodze można spotkać całą bandę najdziwniejszych stworzeń, przyjaznych jak i wrogich, skarby, lochy czy dziwne świątynie. Wszystko co tylko przyjdzie Wam do głowy można znaleźć w mieście. Cóż z tego że lochem może być podmiejski kompleks R&D jakiejś firmy, a świątynia kolejnym ortodoksyjnym odłamem Kościoła Cyber Jezusa. Zapytacie o potwory? A mało tego w mieście? Zmutowane aligatory w kanałach czy zdziczałe hordy psów to najbardziej sztampowe przykłady. Może chcecie smoka? Bo słyszałem, że gdzieś w okolicy krąży oszalała sztuczna inteligencja w cyber ciele tyranozaura. A może coś się wydostało z prywatnego zoo jakiegoś bogatego świra?

Pewnym założeniem mogło by być żeby gracze, przynajmniej na początku, nie posiadali zbyt wielkich zasobów, ale też ciekawym pomysłem może być rzucenie super bogatego Corpo-Garnitura w takie środowisko gdzie super wypaśny telefon nie działa a jego platynowa karta może służyć tylko jako urządzenie do dzielenia kokainy*. Miasto też nie powinno przypominać centrum Warszawy, a raczej przemysłowe przedmieścia, ale to też tylko kwestia kilku dobrych pomysłów a nie sztywnych ograniczeń. Nawet szklane centrum miast może mieć swoją ukrytą "podszewkę", czego świetnym przykładem może być gra "Mirrors Edge" opowiadająca o kurierach żyjących na dachach budynków korporacji. Pamiętajcie, miasto to dżungla...

Miała być krótka notka o głupim pomyśle, ale w trakcie jej pisania sam się nakręciłem i przyszło mi do głowy tysiące pomysłów. Może coś z tego sklecę?

*) Ktoś kojarzy "The Night Before" z Keanu Reevs'em? :)

poniedziałek, 8 października 2012

"Wind of change"

Za nami kolejna już siódma sesja i przyznam że coraz bardziej mi się takie granie podoba. Tym razem na sesji stawiła się żelazna ekipa to znaczy: MG, Finor, Nuadu i Keffar. Wprawdzie zaczęliśmy troszkę spóźnieni z powodu kilku dygresji na tematy zupełnie poboczne, na przykład o wyższości Matrixa nad świętami wielkiej nocy, ale potem poszło już gładko. A było to tak:

73 dzień pory Narodzin 
Jeszcze wieczorem po powrocie od zielarza postanowiliśmy załatwić sprawę naszych ewentualnych zeznań w sprawie kapitana Petlamina, a właściwie jego zięcia - Uznego. "Rozprawa" ma się odbyć za kilka dni, ale prawdopodobnie już nas nie będzie w Trzewiach, więc żeby nie było żadnych problemów z tego powodu złożyliśmy "świadectwo" Gerissem w sali zgromadzeń. Powiedzieliśmy szczerze jak było, to znaczy że tak naprawdę nic nie widzieliśmy bo wszystko działo się w kabinie kapitana. Spełniwszy swój obywatelski obowiązek, poszliśmy do Maryny gdzie noc nam upłynęła wyjątkowo spokojnie.

74 dzień pory Narodzin
Rankiem zgodnie z planem rankiem wyruszyliśmy w stronę targowiska Cyrkowców. Plan był prosty, wykorzystamy czas pozostały nam do wyruszenia z "dzikimi" na poznanie terenu, a niejako przy okazji poćwiczymy z Finorem strzelanie. Oczywiście zew przygody wygrał z rozsądkiem i zamiast pójść najkrótszą drogą wyruszyliśmy na przełaj przez wzgórza. Długo nie musieliśmy czekać, zza pierwszego wzgórza już było widać dym. Dym na szczęście unosił się z ogniska, a nie na przykład z dachu jakiejś chaty, a ognisko było rozpalone w środku obozu złożonego z kilku wozów. W pierwszej chwili myślałem że ponownie spotkaliśmy Zeginów, ale "rzeczywistość" przerosła najśmielsze oczekiwania. Okazało się, że obóz był częścią większej wyprawy mającej na celu "wsparcie duchowe" wiernych Kościoła Ostatecznego Porządku na Rocranonie. Wyprawą ruszyła pod przewodnictwem niejakiego Wielebnego Albsta, ale nie mieliśmy "przyjemności" poznać bo był niedysponowany. Z ciekawszych osobistości poznaliśmy Hageilona Szmaragdowego, który wyglądał jak najprawdziwszy rycerz, tylko pełnej zbroi mu brakowało. Źle mu nie życzę bo w sumie był sympatyczny, ale w lesie czy na bagnach to go nie widzę. Nuadu mało się nie zakrztusił jak usłyszał co to za jedni i w ogóle się jakiś nerwowy zrobił. Chcieliśmy z Finorem usiąść z nimi, chwilę pogadać, dowiedzieć się gdzie i po co jadą, ale zdążyliśmy tylko zjeść obrzydliwie słodką owsiankę (darowanej owsiance nie patrzy się w otręby), ale nie chcieliśmy zaogniać sytuacji i ruszyliśmy dalej.

Dalsza droga do targowiska przebiegła bez problemów, samo targowisko w pierwszej chwili szczerze mnie rozczarowało. Ot ruiny i kupa śmieci, kompletnie nic ciekawego. Już miałem się kompletenie zniechęcić do tych ruin i zaproponować szybszy powrót do miasta, gdy Nuadu podczas zbierania drewna na opał znalazł pojemniczek z biżuterią!! Widok błyskotek pobudził nasze apetyty na skarby i zaraz po rozłożeniu mini obozu rozpoczęliśmy poszukiwania. Dobrze że przypomniałem o zachowaniu ostrożności, bo chwilę później Finor znalazł... skorpiona! I to nie byle jakiego, bo wielkości sporej szkapy! Teraz jak o tym myślę, to mieliśmy więcej szczęścia niż rozumu. Zamiast uciekać gdzie pieprz rośnie postanowiliśmy pokozaczyć i rzuciliśmy się na bydle. Resztki zdrowego rozsądku zachował Nuadu i zdążył jeszcze krzyknąć żeby go okrążyć i strzelać tym kto co tam ma. Dzielnieśmy stali, celnie (umiarkowanie) strzelali i szybko biegali, a skorpion zaczął przypominać jeża zanim w końcu padł, ale jakoś się udało. Bydle padło nie tknąwszy nawet szczypcami żadnego z nasz, sukces pełen. Zupełnie "przypadkiem" okazało się, że nasz towarzysz Finor nie do końca pochwalił się swomi talentami. I nie chodzi mi tu o strzelanie, bo strzelał delikatnie mówiąc słabo, za to umie robić dziwne rzeczy. Pomachał rękami, chwycił się za głowę, tupnął dwa razy i skorpion kompletnie zgłupiał. Czary jakie czy co? Po ubiciu bydlecia zaczęliśmy szukać jego gniazda, i to był chyba najlepszy pomysł w naszej dotychczasowej karierze! Oprócz jeszcze kilku mniejszych skorpionów znaleźliśmy w gnieździe FURĘ złota!!!  Zdążyliśmy jeszcze wrócić do Trzewii i tu po raz kolejny los się do nas uśmiechnął. Okazało się że dziadek znajomego rymarza, robił kiedyś zbroje z różnych dziwnych materiałów i chętnie nam coś zrobi z pancerza skorpiona. Mam nadzieje że skoro skorpion był wielkości konia, to na co najmniej dwie może trzy lepsze skórznie starczy. Na tym zakończyliśmy grę. 

Na koniec mała dygresja w temacie skarbów. MG zaczął narzekać, że za dużo tego, że to zaburzy równowagę gry i że to kompletnie nierealistyczne żeby taka fura skarbów zwyczajnie u skorpiona leżała. Pomyślałem sobie na ten temat na spokojnie po sesji i poza argumentem o realizmie, który też można naciągnąć, z resztą argumentów się zgodzić nie mogę. Z jednej strony niby fura kasy, półtorej tysiąca złociszy, można by za to kupić... no właśnie co? Kilka mieczy? Koni? W tej zapadłej dziurze? Może jakąś tonę ryb, bo niewiele więcej. Biorąc pod uwagę ustalenie że kasa jest wspólna, drużynowa, to dzieląc to na sześć osób wychodzi na prawdę niewiele. Jak da radę kupię sobie lepszy łuk, skórznie i po pieniądzach. Że niby się o jedzenie nie będziemy teraz musieli martwić, a guzik prawda. Tak samo nie martwiliśmy się do tej pory, na więcej niż tydzień spyży nie weźmiemy a potem i tak będzie trzeba polować. Dwóch myśliwych w drużynie chyba wystarczy? Druga rzecz, przy tym stylu grania który przyjęliśmy, gdzie postacie robią się potężne przez wiedzę i powiązania a nie wyśrubowanie współczynników, lada moment będą nam potrzebni "poplecznicy". A najemnych trzeba będzie uzbroić, nakarmić, napoić a i pewnie jeszcze jakąś wypłatę będą chcieli. I z czego to wszystko? Z tych jeleni co je raz za czas złapiemy? Pamiętajmy że to był pierwszy taki stwór i nie wiadomo kiedy trafi się następny. Kolejnym problemem jest to, że z tego co zrozumiałem to sama gotówka, a stosując prosty przelicznik z mojego wcześniejszego posta to jakieś 7,5 kg złota. Trzeba to będzie albo wydać albo zakopać, przeca nie będziemy tego ze sobą nosić po lesie.

P.S. Jak zapewne zauważyliście zacząłem stosować kalendarz. Jak dobrze pójdzie to niedługo MG podzieli się z Wami jego pełną wersją.

środa, 3 października 2012

Motyw drogi

Dzięki Tsarowi mamy ostatnio przyjemność zasmakowac w nowym dla nas typie rozgrywki - "sandboxie". Nie bede sie teraz rozpisywal na temat różnic miedzy takim graniem a "normalnym", chcialem sie skupic na jednej z istotniejszych cech jaką jest odkrywanie otaczającego postacie świata. Odkrywanie wiąże się zaś z poruszaniem, i tu mnie zaczęło korcić na szukanie dziury w całym. Dzisiejszym problemem do rozwiązania jest znalezienie równowagi miedzy hiper-realizmem a przyjemnością gry. Już tłumaczę o co mi chodzi.

Zakładam, że piechur marszem podróżuje z prędkością około sześciu kilometrów na godzinę, a w ciągu 10 godzin powinien przejść nie mniej niż 40 km . Jest to realna wartość, ale ... No własnie, pojawia sie od razu mnóstwo rożnych "ale". Zakładamy ze idzie po w miarę dobrej i plaskiej drodze. Tak naprawdę dopiero ruszył, a plecak który niesie jest prawie pusty. Takich zastrzeżeń mozna wymyślić więcej. A co w sytuacji gdy bohater podróżuje już drugi tydzień w górzystym terenie, na garbie taszczy prowiant, namiot, broń, zdobyte złoto i jeszcze wspiera rannego towarzysza? Już nie jest tak różowo? 

To wszystko oczywiście z kolejnym założeniem ze jest to "bohater fantasy", który nigdy nie jeździł autobusem czy metrem i nie spędza większości dnia za biurkiem, no ewentualnie kilka razy w życiu jeździł konno. Jest więc w stanie tak podróżować. Bo z przykrością muszę przyznać, ze o ile kiedyś, jak byłem 30 kilo młodszy, to mogłem przebiec 10 km przed śniadaniem, tak teraz 15 kilometrowy spacer robi się górna granicą możliwości. Jest szansa ze po takim spacerze bede w stanie sie następnego dnia w ogóle ruszać. A gdzie tu do zakładanych 40km codziennego marszu? I tak przez dwa tygodnie? Kompletnie nierealne. 

W większości, o ile nie we wszystkich systemach RPG które widziałem temat jest potraktowany mocno po macoszemu. Ot tu tabelka, tyle szybkości to tyle kilometrów. No chyba że jest obciążony, wtedy trochę wolniej. A może by tak do tego wszystkiego dołożyć ogólne "zmęczenie materiału" ? Można przyjąć założenie, że po tygodniu ostrego marszu nawet najwięksi twardziele muszą odpocząć. I na przykład każdego dnia ostrej wędrówki tymczasowo, do czasu solidnego wypoczynku obniżać kondycję o jeden punkt? 

Kolejnymi aspektem który się z tym wiąże to czas i koszt takiej podróży. To dotyczy głównie kupców, ale i zwykli podróżnicy powinni o tym pomyśleć. Oczywiście kupiec zazwyczaj ma jakieś konie i wóz, ale koń z załadowanym wozem też nie porusza się wiele szybciej od piechura. Czyli wychodzi na to że kupno zborza w "okolicznych" wioskach to robota na kilka tygodni! A do takiej karawany to i pomocnik czy dwóch się przyda, kilku osiłków do ochrony też nie zaszkodzi, a całemu towarzystwu też jeść trzeba dać. Konie też o samej wodzie nie chcą pracować. Ktoś się jeszcze dziwi że w miastach jedzenie jest 2-3 razy droższe niż na wsi? Przy okazji zacząłem się zastanawiać jakie musiało być przebicie na bursztynie czy herbacie skoro opłacało się wyruszać na drugi koniec znanego świata (albo i dalej) żeby tam, u dzikich, kupić taniej.

Kolejna sprawa, dlaczego osady nie były jakoś strasznie duże? A jeszcze sto lat temu opłacało by się komuś codziennie chodzić do pracy 15 km? Może jak kogoś bieda przycisnęła to ktoś to robił, ale podejrzewam że większość sobie taką "przyjemność" odpuszczała szukając pracy gdzieś bliżej lub przenosząc się w inne miejsce. Zakładając że wieśniak pracuje od świtu do zmierzchu, to nikt nie będzie marnował po dwie godziny rano i wieczorem na dojście na pola. Oczywiście niby można by postawić chatę trochę dalej od wioski, ale po to ludzie siedzą na kupie, za palisadą, żeby było bezpieczniej. A co zrobi taki odludek w razie najazdu orków? Jak będzie miał szczęście to straci wszystko co miał, ale zdąży uciec za mury. Drugi raz chałupy pod lasem budował nie będzie.

Jest oczywiście jeszcze druga strona medalu. Podczas ostatniego Maratonu Warszawskiego zwycięzca przebiegł 42 195 metrów w 2h 15m (DWIE godziny !!!), a całkiem realne czasy dla niezbyt intensywnie trenujących bieganie plasują się poniżej 4h. Oczywiście później większość z nich przez kilka dni po maratonie nadaje się głównie do leżenia i moczenia stóp, ale da się. Ciekawym pomysłem mogła by być "maratońska" przygoda. "Dostarczcie wiadomość do króla w ciągu pół dnia, jedyne 40 km." A po drodze tylko lasy i orki. Może być ciekawie?

Przy okazji mini konkursik, bez nagród. Ktoś wie, ale bez sprawdzania w google, w ile dni Kolumb podczas pierwszej wyprawy przepłynął Atlantyk? Odpowiedzi proszę zamieszczać w komentarzach.

poniedziałek, 1 października 2012

Jedziemy po zioło

Kolejna sesja za nami, tym razem obyło się bez większych problemów, za to w mniejszym składzie. Na pokład Rocranona tym razem zameldowali się: MG, Finor, Nuadu i Keffar. 

Trochę jeszcze widać, że granie w sandboxie nie jest naszym stanem "naturalnym", więc zamiast w oczekiwaniu na początek wyprawy sami szukać sobie zajęć, poszliśmy na spacer. Tak naprawdę to jeszcze sam nie wiem czy nie lepiej "przeczekać" trzy dni, deklarując chęć szkolenia w wyplataniu łapci z wikliny czy szukać guza :) Tak czy inaczej ruszamy na wschód, plan był taki żeby znaleźć lokalnego zielarza i może jakichś specyfików nakupić. W końcu (poza mną) żadne z nas twardziele i byle ślimak nas może rozsmarować. Nie uszliśmy daleko [nowy hex 1903] gdy napotkaliśmy pasące się stado "tapirów", nie wyglądały groźnie więc chciałem zastosować metodę poznawczo/kamieniową, ale Nuadu wpadł w zupełnie nie bohaterski nastrój i strasznie się zdenerwował. Jakoś tak wyszło, że mi się koniec końców ten kamień tak nieszczęśliwie z ręki wysunął że trafił jednego z tapirów w środek głowy. W tym momencie tapiry ... kompletnie nas zignorowały. Ech głupie bestie, na drugą próbę "towarzysze" mi już nie pozwolili kompletnie nie rozumiem dlaczego. 

Niedługo później napotkaliśmy ścieżkę biegnącą prostopadle do głównej drogi i po niedługiej chwili okazało się że rzeczywiście biegnie do chaty Japfena. Przy chacie zaparkowane były dwa dziwne wozy wyglądające na mieszkalne i wielce hałaśliwy kundel. Okazało się że wozy należą do nomadycznego plemienia nazywających siebie "ludem Zegin". Mam nadzieję, że nie przekręcam nazwy. Nomadzi okazują się bardzo sympatyczni i późny obiad nie wiadomo kiedy przekształca  się w zakrapianą imprezę po której postanawiamy zostać u Japfena do rana. Wieczorem nomadzi opowiadają nam, że żyli na Zeign (Rorcranonie) na długo przedtem zanim pojawili się pierwsi "ludzie" i nazywają wyspę "swoją". Pewności nie mam, ale mam wrażenie że byli tu nawet wcześniej niż elfy. Swoją drogą wychodzi jak niewiele jeszcze wiemy o tej wyspie. Warto by to nadrobić przy najbliższej okazji. Mam nadzieję, że jeszcze spotkamy "lud Zeign". 

Niestety tu miałem małą "przerwę techniczną", czekam na inne relacje żeby sprawdzić jak dużo przegapiłem. Rankiem gospodarz stwierdził, że też wybiera się do Trzewii, więc możemy wyruszyć razem. W drodze powrotnej właściwie nic ciekawego się nie dzieje, napotykamy jedynie pozostałości "targowiska cyrkowców" (uwaga! wrócić tu później i zwiedzić). Po powrocie do Trzewii, odwiedziliśmy jeszcze rannego kapitana i posłuchaliśmy niezadowolonych monopolem Zywalta rybaków, po czym zakończyliśmy sesję. Grało się bardzo przyjemnie, choć tym razem to ja padałem na twarz ze zmęczenia to znów miałem wrażenie że za krótko :)

Luźne przemyślenia na dziś. Oglądałem sobie obrazek który jest tłem do nazwy naszej kampanii, i tak się zacząłem zastanawiać czy te tytułowe "Skrzydła Rocranona" nie są aby przymocowane do czyjejś łuskowanej dupy... Coś czuję że wdepnęliśmy w dużo większe łajno niż nam się do tej pory zdawało.