sobota, 25 lutego 2023

Rechocząca Szczelina

Jednolitą, nieruchomą biel zaśnieżonego krajobrazu zakłócił delikatny ruch osypującego się śniegu. Spod powały spalonej i zawalonej chaty, wygrzebywało się jakieś małe stworzenie. Stworzenie po chwili okazało się malutką, dziecięcą dłonią, za którą podążała reszta ręki i w końcu dziecko w lichej, zjedzonej przez mole kapocie z foczego futra. Chłopiec po wystawieniu głowy spod śniegu rozejrzał się ostrożnie po okolicy, po czym wygrzebał się do reszty i biegiem ruszył w kierunku centrum osady.

Chłopiec poruszał się szybko i pewnie, przeskakując od rogu do rogu. Sprawnie przemieszczając się między chatami kierował się w stronę portu. Po kilku chwilach był już na tyłach magazynu rybnego Bezwara, rozejrzał się na boki i wszedł do środka przez dziurę pod obluzowaną deską. W środku czekało już paru podrostków w podobnym wieku którzy na dźwięk przesuwanej deski od razu obrócili się w jej stronę.

- No jesteś w końcu - odezwał się jeden z chłopców - martwiliśmy się o ciebie, gdzie byłeś tyle czasu?
- Musiałem się ukrywać przed potworami - odrzekł nowy otrzepując kapotę ze śniegu.
- Jakimi potworami?
- No tymi co się ostatnio po mieście kręcą, wiecie wyglądają jak zwierzęta a udają ludzi.
- Widziałem ich w okolicy promu - potwierdził mały rudzielec - dziwnie wyglądają, jeden jak kot drugi jak sowa a trzeci to chyba królik.
- Koty to chyba nawet dwa były!
- Nooo a widziałem, ten królik to z wielkim toporzyskiem chodzi.
- Lepiej opowiadaj co z tymi potworami, gonili cię?
- Gorzej, przyszli do mnie do domu, byli cali zakrwawieni i mówili że mają szczęśliwy haczyk babci, ale chcą za niego złoto.
- Przeca wy biedaki, zwłaszcza od kiedy twoja babcia zaginęła, skąd złoto?
- No właśnie, mama mówiła że nie ma, to królik wyjął odrąbaną głowę innego potwora, chyba psa, i zaczął coś krzyczeć, a sowa to chciała mnie nakarmić jakimiś oczami, to było straszne... Myślałem że też nas zjedzą jak im nie zapłacimy. Udało mi się wymknąć i schować w spalonej chacie Olsena.
- Ja to chyba słyszałem jak rano burmistrzowi grozili, że go pobiją jak nie da im za coś pieniędzy.
- Co za potwory, że też bogowie pozwalają takim po ziemi chodzić...

A było to tak.
Muszę wspomnieć, że pożegnaliśmy (możliwe, że tylko tymczasowo) Smoczego Maga, a na jego miejsce pojawiła się Assasinka Tabaxi - Daria. Jak to Jacek stwierdził, ma dość ciągłej utraty przytomności, chyba myśli że kot będzie mniejszy łomot dostawał...

Drużyna na początek drugiego "sezonu", została poproszona o rozwiązanie zagadki zaginięcia lokalnej wędkarki Nabiry. Wiadomo było że coś ją napadło podczas łowienia na lodzie, a ślady które zostawił napastnik prowadziły do Rechoczącej Szczeliny. Łowcy którzy próbowali wytropić potwora przestraszyli się upiornych dźwięków dobywających się z dziury i wrócili do Wschodniej Przystani z pustymi rękami.

Niechętnie (bo nie było nagrody) ekipa wyruszyła w drogę prowadzona przez jednego z łowców. Ów nie żeby był chętny, ale Hopper "namówił" go do współpracy wymachując toporem. Podróż zaczęła się spokojnie, ale temperatura zaczęła gwałtownie spadać osiągając w którymś momencie -90 C (najgorszy możliwy rzut na pogodę) i zerwała się straszna wichura. #NoteToMyself trzeba dopracować wpływ pogody na podróżowanie, przy takiej temperaturze nikt normalny (hehe) nie wyściubia nosa z domu, a co dopiero podróżować po świecie i spać pod namiotem. Gdy drużyna postanowiła w końcu przeczekać wichurę w kotlince napatoczył się olbrzymi, dziwnie wyglądający Goliat, cały w tatuażach. Jako że był dość przyjazny, zapytał czy może im jakoś pomóc i poszedł w swoją stronę. Mniej ciekawie zrobiło się rano, gdy podczas zwijania obozu napatoczył się głodny lodowy troll i mówiąc szczerze, gdyby nie Quinn i jej duchy leczące sytuacja nie wyglądała by dobrze. Troll nie dość że był dość mocny to roztaczał wokół siebie aurę mrozu, która masakrowała drużynę. Na szczęście w końcu potwór został pokonany i drużyna ruszyła w dalszą drogę już bez dalszych niespodzianek docierając do Rechoczącej Szczeliny.

Ze szczeliny rzeczywiście rozlegały się dziwne chichoty, zupełnie jakby na dole ktoś prowadził stand-up dla większej publiczności. Zamiast szukać wejścia, no bo po co skoro można skakać, latać albo chodzić po ścianach, zeszli od razu do jaskini gdzie się rozdzielili. Hopper z Quinn przeszukiwali czyjeś leże, a Najada z Darią zupełnie przypadkiem znalazły wejście (wyjście?) i czwórkę bardzo wychudzonych gnoli. W pierwszej chwili postanowili ich nie atakować, tylko zobaczyć co robią, gnole kręciły się wokół kamiennego ołtarza na którym była głowa kozicy, ale bały się jej tknąć.

W tym czasie Hopper znalazł ukradzioną wędkę wraz z magicznym haczykiem a gdy wychodzili z komnaty napotkali wodza gnoli, na żadne negocjacje nie było już czasu i rozpoczęło się starcie. Wódz oczywiście wołał o pomoc, ale gnole które nadbiegły nie włączyły się do walki, tylko obserwowali ją z bezpiecznej odległości (drużyna kompletnie nie zwróciła na to uwagi). Potyczka nie trwała długo, barbarzyńca kilkoma sprawnymi ruchami zakończył żywot wodza. Reszta gnoli nadal nie była skora do bitki, ale Hopperowi nie przeszkadzało to w rzuceniu się na nich i zrobieniu masakry. Oczywiście z wydatną pomocą reszty drużyny. W tym czasie Daria rozstrzelała z łuku pozostałe osobniki ze świątyni, które też nie szukały guza, ale...

Trochę moja wina, gnole powinny uciec wcześniej, ale miały słabe rzuty, a ja byłem już zmęczony i nie zareagowałem na czas, skończyło się na wybiciu całego stada.

Szybkie przeszukanie dalszej części jaskini ujawniło jeszcze zamkniętego w klatce berserkera posługującego się charadalynowym oszczepem. Uwolniony rzucił się na drużynę, niewiadomo co chciał osiągnąć, ale walka nie trwała długo.

Drużyna zakrwawiona od stóp do głów, bo na koniec postanowili jeszcze zebrać "trofea", poobcinali wszystkim gnolom ogony, wodzowi głowę, a Quinn (w sumie nie wiem po co) jeszcze wydłubała oczy. Wróciła bez przeszkód do Wschodniej Przystani. Na miejscu próbowali jeszcze wyciągnąć jakieś złoto od rodziny wędkarki (strasząc przy okazji dzieciaka głową i oczami), a następnie wyżebrali od Mówcy zapasy na miesiąc "za pomoc". (#NoteToMyself obić dupę blachą i nie dawać się naciągnąć na nagrodę przez marudzenie)

niedziela, 3 kwietnia 2022

Górska wspinaczka

Wpis trochę opóźniony, pisany więc mocno z pamięci, ale istotny bo pierwszy z serii opisującej przygody dzielnej drużyny (furasów...) w mroźnych krainach.

Tabaxi wyprostowała się po odłożeniu ostatniego kamienia na stosie, przetarła pot z czoła i westchnęła.
- Długo jeszcze będziemy odmrażać sobie uszy na tym wypizdowie? - zagadnął Hopper siedzący pod skałą, pogryzający marchewkę i obserwujący pracujących z boku.
- Martwym należy się spokój - odpowiedziała palladynka - a poza tym skończyliśmy.
- A było by dużo szybciej gdybyś nam pomógł a nie tylko komentował - dodała Quinn otrzepując ręce ze śniegu.
- Ojtam ojtam, nie ja ich zabiłem to nie ja ich będę chował, poza tym jaszczur też się obija.
- Właśnie, rusz tyłek bo zamarzniesz - krzyknęła druidka rzucając w maga śnieżką - już cię śnieg zaczyna przykrywać.
- Aha - odburknął Lilxith, nawet nie odrywając oczu od księgi którą czytał.
- Ten to nie zamarznie, a jeśli nawet to po odmrożeniu nawet nie będzie wiedział co się stało.

Najada spojrzała na dwa zgrabne stosiki które ułożyli ze skał i lodu, wykonała znak swojego boga. Rozejrzała się raz jeszcze po okolicy podziwiając widok na mroźny krajobraz roztaczający się z kopca Kelvina.
- To co? Zbieramy się ?
- W końcu - podsumował Hopper wstając.
Pozbierawszy ekwipunek, otrzepawszy maga ze śniegu, drużyna ruszyła wolnym krokiem w dół zbocza.

A było to tak...
Uwaga - Spoiler Alert - tekst poniżej zawiera szczegóły które mogą zepsuć ci zabawę jeśli grasz w tę kampanię.

Drużyna podczas przechadzki po Targos napotkała psa który wyglądał jakby urwał się komuś z zaprzęgu. Psiak nawet wykazywał chęć zabawy z druidką, ale ewidentnie próbował ich gdzieś zaprowadzić. Właścicielem psa, a dokładniej mężem właściciela, okazał się być Keegan Velryn. Jego mąż Garret wyruszył kilka dni temu na wyprawę do Kopca Kalvina i nie daje znaku życia.

Dzielna ekipa oczywiście zgodziła się pomóc i niezwłocznie wyruszyła w kierunku Caer-Konig. Niezwłocznie, nie licząc kupna dwóch Toporodziobów i całej kupki dodatkowego ekwipunku. Droga przebiegła spokojnie, i jeszcze tego samego dnia wieczorem poznali Atenasa Szybkiego, właściciela "Zamrożonej Ekspedycji" sklepu w Caer-Konig, z wszystkim czego wyruszający na odludzie bohater może potrzebować. Zachaczyli jeszcze tylko "Hak, linkę i ciężarek" (miejscową gospodę) gdzie zatrudnili do pomocy przewodniczkę Jarthrę Farzassh i wyruszyli w stronę kopca.

U podnóża kopca, bardzo szybko udało się zlokalizować opuszczony obóz podróżników, tym że to obóz Garetha świadczyła reszta psiego zaprzęgu która nadal czekała na pana. Na szczęście zwierzaki były na tyle sprytne że dobrały się do zapasów na saniach i tak naprawdę nic im się nie stało.
Odnalezienie tropów prowadzących na górę też nie nastręczyło problemu, więc drużyna raźno ruszyła na szlak podziwiając górzystą okolicę i miejscową faunę. Nie zaczepiana fauna w postaci górskich kozic, też nie robiła problemów.
Pierwszym problemem okazał się dopiero lawina, ale na szczęście graczom udało się uciec i niedługo później udało się odnaleźć nieprzytomnego Garetha leżacego pod półką skalną.

Tu mała dygresja, zasady dotyczące lawin są albo kompletnie do bani albo ich nie rozumiem. Działając zgodnie z zasadami była praktycznie 100% pewność że lawina po prostu zmiecie i zabije całą drużynę, no może poza Quinn która potrafi latać. Gracze na początkowych poziomach po prostu nie mają szans, a u nas to był sam początek kampanii więc musiałem trochę "oszukiwać"...

Okazało się, że wyprawa Garetha na swej drodze napotkała wielkiego Yeti a podczas ucieczki Gareth został lekko poturbowany przez bestię a następnie spadł ze skały. Po udzieleniu pierwszej pomocy zapadła decyzja by Gareth wrócił z przewodnikiem do domu, a drużyna bohaterów pójdzie w stronę szczytu by odnaleźć zaginionych towarzyszy nieszczęśnika.

W tym momencie napięcie mocno wzrosło gdyż przyczajone w śniegu Koty Skalne postanowiły spróbować jak smakuje mięso Dragonborna i gdyby nie szybka akcja Najady i Hoppera a następnie leczenie Quinn to drużyna szukała by nowego maga do ekipy.
Dalsza część przygody przebiegła w miarę spokojnie, wspinaczka po skałach zaprowadziła bohaterów do jaskini w której, jak się okazało chwilę później, mieszkały Yeti. Sytuacja wydawała się mocno nieciekawa bo Yeti są jednak duże i silne. Jakież jednak było zdziwienie reszty drużyny gdy okazało się, że Quinn bez najmniejszego problemu dogadała się z bestiami w ich narzeczu uwalniając zaginioną towarzyszkę Garreta - Perilou Rybie Palce. Kapłanka przekazała jeszcze informację, że drugi z zaginionych Mokingo został zabity w potyczce, a ostatnia - Astrix gdzieś uciekła.
Chwilę później ponownie przydały się umiejętności lingwistyczne druidki, gdyż przed wejściem pojawił się tata Yeti, ale znów udało się porozumieć i rozejść bez rękoczynów.

Ostatnia część przygody to wyprawa na sam szczyt Kopca, gdzie znaleziony został obóz nieznanego krasnoluda (bez głowy) z niebieskimi butami i zamarzniętą pod skałą Astrix. Po przeszukaniu obozu i pochowaniu zmarłych drużyna wróciła bez przygód do Caer-Konig na czym zakończyliśmy sesję.

Obrazek pożyczony z https://5e.tools, graczy proszę o NIE zaglądanie pod tego linka, gdyż jest tam cała przygoda. Zepsujecie sobie zabawę.

niedziela, 27 marca 2022

Nowe początki w mroźnych krainach

Po prawie siedmiu latach walki z prozą życia, lenistwem i depresją nadszedł ten moment gdy wracam do mistrzowania. Co więcej muszę się pochwalić, że udało się zebrać prężną ekipę do grania na żywo!!!

Zaczynamy nową oficjalną kampanię "Icewind Dale - Rime of the Frostmaiden". Będziemy używać zasad Dungeons & Dragons w 5 edycji, wraz z dodatkowymi zasadami zawartymi w kampanii.

Przygód w mroźnych rainach będą szukać:

  • Hopper - Harengon Barbarzyńca - grany przez Łukasza
  • Lilxith - Drakon Czarnoksiężnik - grany przez Jacka
  • Najada - Tabaxi Palladyn - grana przez Karolinę
  • Quinn - Owlin Druid - grana przez Agatę (po raz pierwszy na "scenie")

Mam nadzieję że uda mi się ogarnąć tak specyficzną drużynę, bo sam nie wiem jak to się stało, ale najmniej egzotyczny w drużynie jest ... Drakon.

UWAGA, dalsza część może zawierać pewne spojlery fabularne, jeśli grasz w tę samą kampanię u innego MG, czytasz na własną odpowiedzialność

Za nami sesja zerowa, ustaliliśmy w co i jak gramy, opowiedziałem o Dolinie Lodowego Wichru. Przy okazji mała uwaga, tak, spróbuję tłumaczyć nazwy które coś oznaczają na polski, w końcu Polacy nie gęsi itd. Poza tym mam wrażenie że ma to swój klimat jeśli ktoś nazywa się Hlinn Zguba Troli (org. Trollbane).
Poznaliśmy Dekapolis, #notetomyself - trzeba wydrukować mapę na której gracze będą mogli robić notatki *), dowiedzieliśmy się że Aurill Lodowa Dziewica od dwóch lat nie dopuszcza do końca zimy przez co cała północ jest skuta lodem a temperatura czasem spada nawet poniżej -80 stopni.

Los chciał, że zaczeliśmy przygodę w Targos gdzie drużyna poznała Hlinn Zgubę Troli, emerytowaną łowczynię nagród, która poprosiła ich o pomoc w rozwiązaniu zagadki tajemniczych morderstw. Hlinn podejrzewa niejakiego Sephka Kaltro, ochroniarza jednej z wędrownych kompanii kupieckich. Nie udało się jednak do tej pory znaleźć żadnych konkretnych dowodów jego winy, więc to zadanie zostawia drużynie.

Poszukiwania Sephka mogą trochę potrwać, więc drugim zadaniem którym postanowili zająć się gracze jest odnalezienie Garreta, męża niejakiego Keegana Velryna (tak, doczytałem że to jednak facet nie kobieta). Garret wyruszył kilka dni temu do Caer-Konig gdzie miał się spotkać z inną drużyną awanturników i razem mieli wyruszyć do Kopca Kelvina, niestety słuch o nim zaginął.

Jeszcze tylko szybkie zakupy i nasza dzielna drużyna wyrusza do Bryn Shander.

Ciąg dalszy za tydzień. Bardzo się cieszę, że w końcu udało się ruszyć i mam nadzieję że drużyna będzie się równie dobrze bawić jak ja.

*) Nie, Łukasz, Karak-Hui to nie te okolice

poniedziałek, 2 listopada 2015

Problemy życia codziennego

Czy zastanawialiście się kiedyś jak wygląda przeciętna postać w grze RPG?
Większości z Was przyjdzie zapewne na myśl umięśniony bohater z rozwianą blond czupryną, na wspaniałym rumaku, w lśniącej zbroi płytowej dzierżący błyszczący miecz w prawicy. No ewentualnie może to być potężny mag, odziany od stóp do głów w najlepszej jakości atłasy z modnie utrefioną brodą. Oczywiście wariacji klas i stylów ubierania jest mnóstwo, ale jeśli Wasza wizja choć trochę zahacza w takie rejony, raczcie odpowiedzieć na kilka pytań.

  • Kiedy postać ostatnio brała kąpiel?
  • Kiedy ostatnio prane były ubrania?
  • Kiedy te ubrania były kupione/naprawiane?
  • Kiedy broda/czupryna ostatnio widziała balwierza?
  • Kiedy zbroje i broń były jakkolwiek reperowane?
  • Kiedy ostatnio koń był u kowala?

Nie będę chyba zbyt daleki od prawdy twierdząc, że przeważająca większość mogła by na wszystkie te pytania odpowiedzieć "dawno, bardzo dawno temu".
Z jednej strony podniosą się głosy, że to normalne, że w "średniowieczu" wszyscy śmierdzieli. Z drugiej zaś, skądinąd słuszna, uwaga, że RPG to nie "zabawa w dom" i każdej zmiany majtek nie trzeba "odgrywać". W obu tych kwestiach mogę powiedzieć, tak macie rację, ale...

Generalnie, jak we wszystkim, jestem za opcją "zdroworozsądkową". I tak, owszem, w większości światów fantasy można założyć że ktoś kto się od dwóch tygodni nie mył nie będzie wzbudzał niezdrowej sensacji. Nawet w lokalach gastronomicznych podczas konsumpcji. Tyle, że jak już się jeden z drugim wybiera w interesach do lokalnego władyki, to już wypadało by się choć trochę ogarnąć. Takoż skaleczenie zardzewiałą bronią wprawdzie może powodować zakażenie tężcem, ale chyba nie o to chodzi.

Pół biedy gdy przygody toczą się głównie w cywilizowanych okolicach, ale wybaczcie nie uwierzę, że po kilku tygodniach wałęsania się po krzakach, wykrotach, bagnach i lochach, niezliczonych potyczkach z goblinami, szkieletami czy innymi poczwarami, ubranie, ba zbroja, przypomina coś więcej niż szmatę do podłogi skrzyżowaną z narzutą typu "patchwork". To samo dotyczy oczywiście też reszty ekwipunku i wszelakich zwierząt towarzyszących dzielnym bohaterom.

Zastanawiałem się co zrobić z tym problemem nie popadając ze skrajności w skrajność. Z jednej mamy "odgrywanie" każdego mycia zębów i niezniszczalne przedmioty z drugiej. Najrozsądniejszym wydała mi się pewna umowna wartość oznaczająca zużycie ekwipunku. Do zadań MG będzie należało ustalenie jak wiele zachodu/pieniędzy będzie kosztowało gracza utrzymanie odpowiedniego stanu ekwipunku na danym poziomie. Warto zaznaczyć, że nie chodzi tu o poziom gracza, choć jest to powiązane, tylko ekwipunku. Oczywiste jest że mniej zasobów będzie pochłaniała zgrzebna szata mnicha a więcej atłasy czy złotogłowie.

Co pewien czas MG będzie uznawał, że poziom zużycia się podnosi, czasem może to być miesiąc siedzenia w w mieście, czasem tydzień w górach, a w skrajnych sytuacjach wystarczy wyjątkowo intensywna potyczka. Przy okazji pobytu w bardziej cywilizowanych okolicach, za odpowiednią opłatą ekwipunek można będzie doprowadzić znów do odpowiedniego stanu.

Jako że ostatnio modny jest powrót do "retro", może okazać się pomocna poniższa tabelka:

Poziom zużyciaStan ekwipunku
1Ekwipunek nowy, w idealnym stanie, zarówno wizualnie jak i użytkowo
2Ekwipunek jak nowy, widać że używany, ale nadal w bardzo dobrym stanie
3Sprzęt używany. Może byc brudny, lekko wytarty. Nadal dobrze spełnia swoją funkcję.
4Sprzęt mocno używany. Ubrania bardzo brudne, zdarzają się dziury, naddarcia lub pęknięcia. Broń może być lekko stępiona lub krzywa. Nadal nadaje się do użycia.
5Ekwipunek zaczyna zawodzić. Ubrania i zbroje mają sporo dziur, od wielkiej biedy bronią można jeszcze komuś zrobić krzywdę.
6Łachmany i złom. "Ubrania" dawno straciło prawo do tej nazwy, bardziej przypominają pozawijane wokół delikwenta szmaty niż cokolwiek innego. Broń jest połamana, tępa albo brakuje kluczowych elementów.

Oczywiście to tylko propozycja, można ją dowolnie rozwijać, dodawać modyfikatory do broni (np. -2 do obrażeń za zużycie), czy rzutu na reakcję. Poziom zużycia można stosować do całości ekwipunku danej postaci, grup ekwipunku (broń/zbroje/ekwipunek obozowy) lub też dla poszczególnych elementów wyposażenia, ale to już wydaje mi się lekką przesadą.

P.S. W następnym odcinku kilka słów o życiu w mieście.


wtorek, 4 sierpnia 2015

O jedzeniu słów kilka.

Istota problemu

Oprócz wielu innych problemów z którym spotkali (lub jeszcze spotkają) się gracze w "Tajemniczym Projekcie" został im jako bohaterom postawiony cel utrzymania przy życiu pozostałych współpasażerów. Jest to nie tylko bezpośrednia obrona przed "potworami" i "chorymi", ale także bardziej przyziemna sprawa w postaci zapewnienia wszystkim pożywienia w odpowiedniej ilości. O ile w przypadku kilkuosobowej drużyny wydaje się to drobiazgiem, to przy kilkudziesięciu czy kilkuset osobach, zaczyna się robić sporym problemem. Z jednej strony dla graczy, no bo skąd wziąć codziennie (!) te kilkaset kilogramów jedzenia. Z drugiej dla MG, bo chcąc zachować śladową dozę realizmu i obiektywność, ma przed sobą całkiem sporą buchalterię.

Kalorie

Jedym z pomysłów mających pomóc w tej kwestii, było określenie zapotrzebowania na jedzenie za pomocą umownych punktów kalorii. Założenie jest takie, że każdy dorosły człowiek potrzebuje dziennie 10 punktów by normalnie funkcjonować. Za pomocą prostej matematyki łatwo wyliczyć dzienne zapotrzebowanie całej grupy (ilość osób * 10) oraz aktualne "nasycenie" jako różnicę z ilości wymaganej i średniej faktycznie dostarczonej w ostatnich dniach. Z pewnego lenistwa, liczę tu tylko i wyłącznie średnią dla całej grupy a nie pojedynczych osobników.

Przykład:
W grupie mamy 130 osób - czyli zapotrzebowanie na poziomie 1300 punktów. Faktycznie udało się w dostarczyć 900, co daje około 69% wymaganej ilości. Jeśli w kolejnych dniach udało by się się dostarczać 95, 60, 110% wyliczamy po prostu średnią z ostatnich dni co daje około 83,5% ogólnego "nasycenia" grupy. Pozostaje tylko na koniec zaprezentować graczom wyliczony wynik w bardziej opisowej formie, czyli w tym przypadku było by to coś w stylu "ludzie są lekko głodni". Osobną kwestią zostaje określenie co się będzie działo gdy jedzenia naprawdę zacznie brakować, ale ten temat zostawię sobie na jeden z kolejnych wpisów.

Oczywiście mogą zdarzać się nadwyżki, które, jeśli nie panuje zbytni głód w grupie, można magazynować. Warto przy tym zachować zdrowy rozsądek i magazynować taką żywność która się nie psuje po kilku dniach. Ewentualnie wredny MG może wymagać od graczy określenia warunków przechowywania. Mam tu na myśli wędzenie czy peklowanie mięs, przetwory z warzyw i owoców itp. Oczywiście "wszyscy" to potrafią (evil grin).

Źródła pożywienia

Tak samo jak "zużycie" jedzenia jest rozliczane w punktach, tak samo rozliczam zdobywanie pożywienia. Każde potencjalne źródło ma losowy współczynnik "pozyskania" np. 3k10+20 na osobę pracującą nad "wydobyciem", oraz określenie czy się źródło zużywa, jeśli tak, ile pozostało do wyczerpania.
Przykład:

Nazwa Pole ziemniaków
Żywność k100+50 / na osobę dziennie
NieskończoneNie, pozostało 34000 punktów.
Typ żywnościSurowe ziemniaki

Ewentualnie:

Nazwa Las wokół osady
Żywność k50 / na osobę dziennie
NieskończoneTak, można zmieniać współczynnik w zależności od pory roku.
Typ żywnościW zależności od pory roku, owoce runa leśnego, zwierzyna

Dodatkowe źródła pożywienia

Zdarzyć się również może, że gracze podczas swoich wypraw znajdą dodatkowe racje żywnościowe. Ze względu na jednorazowość wydarzenia nie będą one zapisywane jako "źródła", ale, zwłaszcza przy większych ilościach, warto by również określić wartość punktową takiego znaleziska. Ja przyjąłem umowny przelicznik 200 kcal na punkt, a orientacyjne tabele kaloryczne można bez problemu znaleźć w internecie.

Podsumowanie

Oczywiście część lub nawet wszystkie te informacje można ujawnić graczom. Jeśli mają żyłkę do mikro zarządzania można z tego zrobić coś w rodzaju dodatkowej mini gry w której będą mogli zarządzać zasobami grupy, podziałem obowiązków itp. Tak czy inaczej, wymaga to pewnej buchalterii i z doświadczenia polecam założenie dodatkowego arkusza kalkulacyjnego do prowadzenia tego typu zabawy.


czwartek, 8 stycznia 2015

50 sesji minęło jak jeden dzień...

"Stało się to na co czekałem dobre pół roku – odbyła się pierwsza sesja w nowym “settingu” Tsara – “Skrzydła Rocranon”. ... Była to sesja pełna nowinek, bo i nowa kampania i po raz pierwszy sesja odbywała się “on line” na nowej dla nas platformie. Kolejnym zaskoczeniem było to, że gracze w komplecie z MG pojawili się pół godziny PRZED sesją! Choć z drugiej strony nie ma się co dziwić bo skład był sprawdzony i zawsze pojawiał się na umówione spotkania. Tak czy inaczej fakt warto odnotować.

W sesji udział wzięli:

  • Tsar – MG
  • Żuku – Nuadu – wojownik
  • Parasit (ja) – Keffar Twardziel – także wojownik, tylko lepszy :>

 

Z kronikarskiego obowiązku wspomnę jeszcze o WojCiechu, który jeszcze nie miał postaci za to miał problemy techniczne, więc w sesji uczestniczył głównie duchem..."

Tak właśnie zaczęło się to 23 sierpnia 2012, ponad dwa lata temu. W zeszłym tygodniu "stuknęła" nam pięćdziesiątka !!!
Jak dla mnie to jest absolutny rekord, nigdy, a gram w eRPGie już dobre... 18 lat... nie grałem tak długo u jednego mistrza jednej "kampanii". I powiem Wam jedno, to coś niesamowitego. Przyzwyczajony do gier komputerowych w których awansuje się bardziej niż szybko, momentalnie zostałem sprowadzony na ziemię. Po pięćdziesięciu sesjach, na których chyba jako jedyny z graczy mam 100% obecność, ledwo dochrapałem się czwartego poziomu. No dobrze, mogę powiedzieć że czwartego i pół :) Zgroza, to wychodzi poziom na pół roku :)

W międzyczasie niektórzy nas opuścili, i mam tu na myśli zarówno graczy jak Żuku, grający łowcą (choć tym słabszym) Nuadu , jak i postacie, gdzie nieszczęsny prym bierze pierwsza śmiertelna ofiara wśród naszych postaci nieodżałowany i bohaterski rycerz Koukash. Pojawili się też nowi gracze, pojawiły nowe postacie, były nowe miejsca, tylko zabawa pozostaje ta sama. I przyznać muszę że zamiast się nudzić starzeje się jak dobre wino, nabiera ciągle nowych odcieni i smaczków. A po każdej przerwie czuję się jakbym wracał w dobrze znane miejsce w którym się po prostu dobrze czuję. 

Jako że nowa sesja zaczyna się lada moment, a mnie życie "pozaeRPGowe" nie pozwoliło napisać tego postu wcześniej jak planowałem, chciałem wszystkim współgraczom podziękować za pierwszą pięćdziesiątkę i życzyć oczywiście kolejnej co najmniej setki :)

Najgorętsze jednak podziękowania zostawiam na koniec i pragnę skierować je do naszego ulubionego Mistrza Gry - Sławka. Za ogrom pracy której nawet nie widzimy, a pewnie i często nie doceniamy :) Cierpliwość do naszego marudzenia "mam za mało zręczności"/"znów nam obcinasz HP", Munchkinowania "jak sprzedamy tę księgę za 400 to dostaniemy level", żądania większych skarbów i lepszych mieczy, szukania dziury w całym "a po cholerę tartak na wzgórzu" i całej reszty którą doprowadzamy Cię do szewskiej pasji. Jeszcze raz:

Dziękujemy!!!

P.S. Może w komentarzach dopiszecie Wasze wspomnienia z tej pierwszej 50?

niedziela, 14 lipca 2013

Nowy Tajemniczy Projekt

Skoro jest zainteresowanie, to napiszę kilka słów o moim nowym pomyśle (zwanym dalej "Tajemniczym projektem", w skrócie TP). Z założenie ma to być sandbox z myślą przewodnią. Żeby na początku nie zdradzać zbyt wiele powiem tylko, że postacie graczy znajdą się w niespodziewanym miejscu gdzie będą narażeni na pewnego rodzaju niecodzienne zagrożenie. Jednakowoż naturę tego zagrożenia pozwolę sobie na razie zachować w tajemnicy. Celem będzie oczywiście przeżycie, najlepiej w bogactwie i chwale.

Teraz kilka słów o tle wydarzeń, założyłem że gramy w czasach nam współczesnych, w Polsce. Będzie to miało znaczenie zarówno pod względem dostępnej technologii jak i ogólnie pojętych relacji społecznych :>
Nie wymagam żeby wszystkie postacie były polakami, ale dobrze by było gdyby mówiły po polsku w stopniu co najmniej podstawowym.
Wiem że dużo wymagam, ale chciałbym żeby postacie nie były "papierowe", ukierunkowane tylko i wyłącznie na jedną dziedzinę. Najchętniej widziałbym w miarę przeciętnego Kowalskiego z pewnym "pazurem" oraz jego wszystkimi wadami i zaletami, a nie super komandosa który poza obsługą wyrzutni rakiet i ciężkiego karabinu nie potrafi nic innego. Dodam tylko że na "terenie działań" będziecie właściwie sami, więc zalecałbym dużą dozę uniwersalności.

Pewnie będziecie pytać o zasady, tu przyznam się szczerze, jeszcze nie podjąłem decyzji waham się między Savage Worlds a GURPS'em. Przy czym główne założenie jest takie że system ma nam nie przeszkadzać w rozgrywce, i jako MG będę na siebie brać 90% "obsługi mechanicznej" rozgrywki.

Reasumując, jeśli po przeczytaniu tego wstępu nadal są chętni na zabawę proszę o wymyślenie i opisanie swojej postaci. Nie chodzi mi o 20 stron CV, ale o coś na czym później będziemy mogli się oprzeć przy przekładaniu tego na "punkciki".
To tyle na początek, w razie pytań wiecie gdzie mnie szukać.

P.S. Mam zamiar porządnie przysiąść do TP w czasie urlopu, na tyle by po urlopie (po 15.08) można było zagrać.
P.S.S. Grać pewnie będziemy w przerwach między innymi sesjami przez skype, aczkolwiek pomysł jest na tyle uniwersalny że możliwe będą sesje poboczne (in real?) nie zaburzające głównego toku gry.

wtorek, 14 maja 2013

Szybka wrzutka do kociołka - "Afterbomb Madness"

Szczerze mówiąc nie słyszałem za dużo o tym systemie, ale skoro z okazji urodzin autora (<śpiew>100 lat, 100 lat, 100 lat, niechaj żyje nam</śpiew>) mamy przyjemność zapoznać się z pełnym wydaniem systemu w PDF zupełnie za darmo, więc dlaczego nie skorzystać.

http://afterbomb.pl/articles/23/afterbomb-madness-pdf-za-darmo

Poczytam, pomyślę, może parę słów napiszę :)

poniedziałek, 13 maja 2013

Fantasy na kołku

Drodzy współgracze.

W związku z tym że ostatnio w naszym grającym gronie pojawiło się kilka fajnych projektów które mniej lub bardziej można określić jako "fantasy", jakoś opadło mi ciśnienie na ciągnięcie projektu "Archipelag słońca". Dla niezorientowanych, miał to być dość rozbudowany moduł sandboxowo fantasy w klimatach wyspiarsko/pirackich. Nie wiem czy to kwestia przesytu czy też zbyt dużo próbowałem zrobić, od razu, sam, bez wsparcia ewentualnych graczy. Tak czy inaczej, straciłem zapał i projekt zawieszam. Nie będę oczywiście wyrzucał czy kasował tego co już powstało, może kiedyś do niego wróce, ale do tego czasu nie będę kontynuował prac. 

Dlaczego to ogłaszam? Chcę, głównie sam przed sobą, osiągnąć efekt "czystego biurka". Tak żeby z czystym sumieniem skupić się na czymś innym. Chcę spróbować czegoś nowego, zacząć powoli od małego pomysłu który krok po kroku będę spisywał, dzielił się z Wami, a może znajdą się ludzie którzy się dołączą? Chciałbym byśmy się nawzajem inspirowali, wymieniali pomysłami, dyskutowali itp. Wyniki tych prac oprócz publikowania blogu chciałbym na koniec połączyć i "wydać" jako np. PDF'a. Nawet jeśli będzie to kilka(naście?) stron :)

Co to będzie? Jeszcze nie wiem, ale jednego jestem pewien nie będzie to kolejne fantasy :) Ciągnie mnie w stronę SF, Space Opery itp. a że niedawno wpadło mi w ręce sporo podręczników do Travellera może coś opartego na tym systemie? Może jednak sandbox Hi-SF? Strasznie mnie ciągnie do piaskownicy, choć z drugiej strony przeraża ilość rzeczy które trzeba zrobić zanim się zacznie grać. Na pewno będzie to wyzwanie.

Zastanawiają mnie w tym wszystkim dwie kwestie. Czy ktoś z Was byłby zainteresowany takim projektem? Jako gracz a może też współtwórca? Jeśli tak, to pozostaje nadal kwestia techniczna - kiedy byśmy w to grali? Czy ktoś byłby chętny na "spotkania" w inne dni tygodnia niż czwartki? Niekoniecznie regularnie, możemy się umawiać na krótkie sesyjki nawet z dwudniowym wyprzedzeniem. 

Czekam na opinie i komentarze.

sobota, 9 lutego 2013

Oj moja biedna głowa...

W poprzedniej, dziewiętnastej już sesji udział wzieli:
Kaszkur, Nuadu,  SImeon i autor tego pamiętnika Keffar.

Po ostatnich przygodach wylądowaliśmy w Trzewiach gdzie w końcu udało się wyspać pod dachem, najeść do syta i wypić coś więcej niż wodę. Po zastanowieniu stwierdziłem, że chyba jednak się człowiek za bardzo do luksusu przyzwyczaja, bo co to? Raptem dwa dni byliśmy w lesie a już się luksusów zachciewa. Kiedyś jak się żyło z polowania, to i kilka miesęcy człowiek łóżka nie widział i wszystko było dobrze, ech starość nie radość. 

Rankiem po spokojnej nocy "U Maryny", wyruszamy do Japvena, może on coś będzie wiedział o tym zielsku co go Simeon dla brata szuka? Ruszyliśmy jak cywilizowane ludzie drogą na południowy wschód, daleko nie uszliśmy gdy Nuadu zauważył na południu krążące wielkie ilości ptaszydeł, głównie padlinożerców. Ani chybi coś się stało, może kto jeszcze żyje i pomocy potrzebuje. Oczywiście Kaszkur zaraz coś zaczął przebąkiwać o przedmiotach potrzebujących nowego właściciela, ale kto by go tam słuchał. Ostrym marszem ruszyliśmy na południe przez wzgórza i po chwili już było widać las, a na jego skraju chałupkę. Właśnie nad tą chałupą krążyły ptaki. Tu po raz pierwszy przydał się nowy teleskop Nuadu, za jego pomocą okazało się że kręcą się tam jacyś ludzie, ale nie sprawiają wrażenia że robią coś złego. Po chwili wszystko stało się jasne, mamy do czynienia raczej z rzeźnią niż jakimś pobojowiskiem. Rzeźnią w sensie dosłownym, właśnie jej właściciel Boenda sprawiał transport owieczek ze stada wdowy Falery (poznaliśmy ją tydzień temu). Swoją drogą będę musiał usiąść wieczorem i dokładnie dni policzyć, bo już mi się wydaje że jesteśmy rok na Rocranonie a na rozum wiem że nawet jeden księżyc nie minął. Boenda i jego córka Sobi okazali się moimi krajanami, umówiliśmy się zatem że jeszcze porozmawiamy dłuże jak go odwiedzimy z jakąś butelczyną i ruszyliśmy w dalszą drogę, tym razem na przełaj. 

Nie minęło wiele czasu jak znaleźliśmy chatkę Japvena tylko niestety gospodarza nie było. Pogoda była piękna, nigdzie nam się nie śpieszyło, to rozłożyliśmy mały biwaczek. Simeon z Nuadu poszli szukać ziółek (wokół domu zielarza, buhaha) a ja z Kaszkurem zajęliśmy się obiadem. Zanim peklowana wołowina zdąrzyła zmięknąć nadszedł Japven.

Noc spędziliśmy u zielarza, przy okazji dowiedzieliśmy się kilku ciekawych rzeczy o ziółkach, Simeon próbował się czego ś o ostrokrewie nauczyć, chyba mu nie wyszło. Trochę pogadaliśmy o okolicy, że na południu tu jest ładne jezioro, ale ostatnio zarasta jakimś dziadostwem, albo że wyspa Senna na której żyje zielacha jest całkiem blisko. Do tego rozpracowaliśmy znaczną część zapasu alchemicznej gorzałki, wieczór uznaję więc za udany. 

Wspomniana wcześniej gorzałka alchemiczna, naprawdę musi być zacnej czystości bo nikogo, nawet Nuadu, rano głowa nie bolała. W wyśmienitych chumorach postanowiliśmy zatem odwiedzić Boenda, tylko jeszcze uzupełniliśmy zapasy w Trzewiach i zgodnie z obietnicą, zaopatrzeni w napoje wyskokowe pod wieczór zapukaliśmy do drzwi rzeźnika. 

Nie chcę wnikać czy tym razem gorzałka była gorsza, kolejny dzień picia, czy też  przez mieszanie z piwskiem, fakt jest faktem że rankiem Nuadu nie nadawał się do życia. Prosił żeby mu dać wody, dobić i generalnie zostawić w spokoju.  On jednak jakiś taki chorowity jest, jakoś wcześniej na to nie zwróciłem uwagi. 

Następne dwa dni przeznaczamy na generalny odpoczynek, rekonwalescencje i czyszczenie ekwipunku, a jedyne co się ciekawego dzieje to spotkanie z kapitanem Petlaminem, który wprawdzie czuje się trochę lepiej, ale na morze się jeszcze nie nadaje. Pomieszkuje więc u Maryny i nabiera sił. Za to że uratowaliśmy mu życie obiecał nam darmowy transport na wyspę Senną, myśle że skorzystamy z tej pomocy, ale to jeszcze nie teraz.

Po dwóch dniach byczenia się pojawił się Luca i jako że byliśmy już spakowanie praktycznie od razu ruszyliśmy na zachód.

Zdążyliśmy minąć szubiennicę, gdy u naszego MG zaczęły się jakieś problemy techniczne i zakończyliśmy sesję. 
Po czasie przypomniałem sobie że mieliśmy robić wieczorne podsumowania, min. liczenie wydanej kasy, zjedzonego jedzenia itp, ale znów o tym zapomnieliśmy :) Poza tym sesja była udana, mimo że prawie nic się nie działo, udało nam się nawet "przeskoczyć" dwa dni, choć w sumie nie zostały wykorzystane jakoś super sensownie :)  

wtorek, 5 lutego 2013

Święta, święta i po świętach.

Zimno było jak diabli, do tego nieprzerwanie wielkimi płatkami sypał śnieg. Sytuacji bynajmniej nie poprawiał porwisty wiatr co i rusz przelatujący między chałupami i wzbijający w powietrze sporą część tego co już spadło prosto pod kaptur wędrowca. Mężczyzna po chwili dotarł do drzwi karczmy i kilkoma kopnięciami w podmurówkę spróbował oczyścić buty ze śniegu, nie widząc jednak efektów takiego kopania dał spokój i wszedł do środka. Sala główna karczmy "Pod złotym japkiem" była kompletnie pusta. Stoliki były uprzątnięte, ławy równo poustawiane a kominek i lampy na słupach wygaszone. 

- Karczmarzu! Olafie ?! - rzucił Umber zdejmując kaptur i otrzepując płaszcz ze śniegu - Jest tu kto?

Odpowiedziała mu głucha cisza. Wojownik zaintrygowany sytuacją ruszył w stronę kuchni uważnie rozglądając się po kątach sali. Kuchnia, tak jak i główna sala była kompletnie pusta, piec był wygaszony a wszystkie naczynia, kufle i inne przedmioty których nie potrafił nazwa a używa się w każdej kuchni leżały poukładane i czyste. Kompletnie już zdezorientowany ruszył dalej w stronę drzwi które musiały prowadzić do części karczmy gdzie mieszkał właściciel. Zanim jednak zdążył sięgnąć ręką do klamki, drzwi otworzyły się z trzaskiem. W drzwiach stał Olaf, ubrany jedynie w szlafmycę, koszulę nocną w niebieskie pasy i wielkie bambosze z pomponami, dzierżąc w obu rękach absurdalnie wielką patelnią przygotowaną do uderzenia. 

- Ach to wy Umberze - uspokoił się wyraźnie opuszczając narzędzie zbrodni - cóż was sprowadza?
- Czy to jest akurat ten jeden dzień w roku gdzie w tej karczmie się myje kufle? - odparł wojownik wyraźnie zaskoczony widokiem właściciela - Chciałem się ogrzać, zjeść coś, pogadać z kimś przy kufelku, a tu cisza jak w rodzinnym grobowcu, o co chodzi?
- Ach, no tak, wy nietutejsi. - rozpromienił się gospodarz - Dziś mamy Abrejse, czyli Cichą Noc. 
- Że co macie? Mam nadzieję, że to nie jest zaraźliwe?
- Ależ skąd, tak nazywamy nasze lokalne święto. 
- W okolicy skąd ja pochodzę święta obchodzi się trochę huczniej, jest więcej jedzenia, picia i tańców. 
- U nas też, ale to dopiero jutro. - Olaf podrapał się w głowę i zrobił minę jakby tłumaczył coś oczywistego niezbyt rozgarniętemu dziecku - Dziś nie hałasujemy, nie palimy ognia, a co za tym idzie nie gotujemy jedzenia. Jak bardzo chcecie mogę wam dać trochę wczorajszego chleba i kawałek słoniny, ale dziś nic więcej w całej wsi nie dostaniecie.
- Dobre i to, ale powiedzcie mi gospodarzu skąd takie dziwne święto. 

Karczmarz odkroił kawał chleba, z leżącego pod czystą ściereczką bochenka, dołożył do tego całkiem solidny kawałek wędzonego boczku a na koniec nalał z beczki lekkiego piwa.

- Usiądźcie i jedzcie, zaraz wszystko opowiem. 

A było to tak.
Dawno, dawno temu, gdy jeszcze mój dziadek był całkiem małym chłopcem krążyła po okolicy banda. Czy to byli dezerterzy, czy pobici najemnicy, czy po prostu zwykli bandyci, nieważne, teraz już nikt nie pamięta. Ważne było to że zima owego roku była bardzo ostra, śnieg sypał okrutnie. Wieś jaka by nie była zabita dechami, miała w ciepłe chałupy i jakieś zapasy coby tę zimę przetrwać. Bandyci tego nie mieli, siedzieli gdzieś w okolicznych jaskiniach cierpiąc głód i chłód. W normalniejszych czasach może by się im pomogło, ale czasy nie były normalne. Z powodu wojny, co to już nikt nie pamięta o co się toczyła, podatki były wysokie, plony niskie a i część naszych poszła w zaciąg do hrabiego. Nie było chałupy w której by się przelewało.
Bandyci jak to bandyci, postanowili złupić naszą wieś, a jak by dobrze poszło to i poczekać w chatach do wiosny. Szczęściem w nieszczęściu plany napaści podsłuchał pradziad Jontka, chyba zresztą też mu Jontek było. Co robił w jaskini, nie wiadomo, matce się potem tłumaczył że po chrust poszedł, tylko skąd chrust w jaskini? Fakt jest faktem że podsłuchał jak herszt wymyślił cichcem wieczorem do wsi przyjść, drzwi chałup pozastawiać a potem pojedynczo otwierać i po kolei mordować jak leci. Siedli chłopy w karczmie i radzić zaczęli co począć. Do obrony się niewielu nadawało, uciekać nie było gdzie a i w takim śniegu to daleko by nie uciekli, do hrabiego po pomoc posyłać, za daleko. Po kolejnej godzinie gdzie nic ustalić nie mogli do sali wszedł młody szewski pomocnik Cholewka i o posłuchanie grzecznie poprosił. I rzecze im tak "pogaście ognie we wsi, drzwi i okiennice pozawierajcie, kozom dzwonki poodczepiajcie i niech nikt hałasu żadnego nie czyni. Bandyci obcy są w tych stronach, po zmroku uda się ich wyprowadzić na manowce. A jak już im rzycie poodmarzają to im damy rady." Nic starsi lepszego nie wymyślili, to i młodego posłuchali. Ognie pogasić kazali, chałupy pozamykać i cicho siedzieć, a Cholewka wziął kilka pochodni, dzwonków bydlęcych, jakieś klekotki i w las poszedł. W lesie pochodnie pozapalał, na dzwonkach pogrywał, hałasy jakieś czynił i zanim się bandyci zorientowali, pół nocy minęło. Na koniec, zgodnie z planem, dzielny chłopak kompletnie przemarzniętych i skostniałych bandytów do wsi sprowadził. A tam już wszyscy na nich czekali. Kto co w obejściu miał, kose, widły czy cepy, wszystko w ruch poszło. Nawet się nie bardzo bronić mogli, tylko o zlitowanie prosili. Ulitowali się nad nimi chłopi, w loszku zamknęli i uradzili, że za wszelkie przewiny mają rok za parobków służyć. Później się okazało że większość z nich to całkiem porządne chłopy i po zakończeniu pokuty większość u nas została. Tak nasza wioska uratowana została. Od tego czasu na pamiątkę dzielnego Cholewki, srogiej zimy i ku pamięci tego że nawet największy bandyta może na dobrą drogę wrócić jak mu się solidnie plecy wygarbuje, co roku obchodzimy to święto. Przez cały dzień nie palimy ognia, nie robimy hałasu. Nocą zaś młodzi chodzą poprzebierani od chałupy do chałupy i jak kto się nie wykupi jadłem jakowymś czy kieliszkiem gorzałki to mu skórę dla zabawy wygarbują. Jednak jak który gospodarz co na sumieniu ma, chciwy był czy chytry to uważać musi, bo często mu się prawdziwe razy dostaną, tak ku opamiętaniu. A dnia następnego to normalnie już świętujemy, i jedzenie jest, i gorzałka i potańcówka. 

Na pomysł tego posta wpadłem zaraz po świętach, ale jakoś czasu i weny nie miałem, tak że dopiero teraz udało mi się go skończyć.
Siedziałem tak sobie z pełnym brzuchem myśląc o naszej ulubionej rozrywce i tknęło mnie, że w bardzo niewielu przygodach zdarzają się święta, zwłaszcza lokalne. Zdarzają się i owszem, święta związane z porami roku, przesilenia, Noc Kupały, czasem jakieś święto religijne. Choć szczerze powiem w większości światów fantasy z którymi się zetknąłem, temat ten jest potraktowany mocno po macoszemu. Niby tych bogów jest jak ulęgałek, ale poza "charakterem", kilkoma specjalnymi mocami którymi mogą obdarzyć swoich wyznawców, właściwie niczym się nie różnią. Gdzie cała mitologia? Dlaczego to bóstwo nienawidzi tamtego a innemu sprzyja? Dlaczego wyznawcy w dany dzień poszczą a w inny świętują? Rozumiem że podręczniki do RPG nie są z gumy, ale nasi MG zazwyczaj też nie wykazują się jakimś polotem w tej sprawie.

 Postanowiłem napisać więc mini poradnik. Żeby nasze święto miało "ręce i nogi" warto zastanowić się nad kilkoma punktami:

1. Kiedy świętujemy
Czy to będzie pierwszy dzień wiosny, 13 dni po tym jak lód zacznie pękać na lokalnym stawie czy podczas pierwszej pełni po zakończeniu zbiorów. Trzeba ustalić jakiś termin, i wcale nie musi to być konkretna data, wystarczy jeśli jasno da się ustalić kiedy to ma być. Vide wielkanoc. Co więcej, nie musi to być jeden dzień, może być kilka, ba, nawet cały miesiąc czy rok.

2. Dlaczego świętujemy
Co takiego się wydarzyło że warto o tym pamiętać? Ktoś się urodził, umarł, zrobił coś wielkiego czy głupiego, może po prostu zabawnego i ludzie chcą to pamiętać? A może po prostu jest to radość z przeżycia kolejnej zimy czy dobrych zbiorów? Równie dobrze może to być rocznica podpisania pokoju po wielkiej wojnie, urodziny króla, czy tak jak w opowiastce powyżej pamiątka uratowania wsi przed bandytami. Musi to być coś charakterystycznego. Dobre święto poznać po tym, że Wasi gracze nawet po pewnym czasie będą kojarzyć o co chodziło w tej wielkiej popijawie 23 października. 

3. Czym ten dzień różni się od innych
Święto musi się czymś wyróżniać. Czy to będzie fakt jedzenia ohydnej ryby, malowanych jajek na twardo, dawanie prezentów, robienie głupich dowcipów czy podpalenie opon i powieszenie kukły ubranej na niebiesko - nieważne. Po prostu musi się to robić tylko i wyłącznie tego dnia. Dobrze by było gdyby te wydarzenia były jakoś powiązane z tym dlaczego świętujemy, w sumie Tradycja to takie fajne imię dla dziewczynki, ale równie dobrze mogły pojawić się później jako nawiązanie do wcześniejszej historii. Na przykład rocznica śmierci króla po kilku(set) latach staje się okazją do wielkiej fety bo władca w sumie był draniem i tyranem. Czy to jest raczej skromna uczta w gronie rodzinnym, czy też może wielka procesja za kapłanem wokół murów miejskich?

4. Menu
Zazwyczaj święta łączą się z jedzeniem i piciem, no może poza tymi gdzie dla odmiany nic się nie je, ale to w sumie też można potraktować jako formę menu świątecznego. Jeśli już jest jedzenie, to też może być charakterystyczne tylko dla tego święta jak wcześniej wspomniana ryba. (Ktoś w ogóle jada karpie poza grudniem?) Jeśli jeszcze do tego zostanie wymyślone dlaczego akurat takie a nie inne potrawy spożywa się tego dnia, to tylko pomoże w uatrakcyjnieniu okoliczności.

5. Dodatkowe atrakcje
Czy oprócz wyżej wymienionych rzeczy, robi się coś jeszcze? Czy po skromnym rodzinnym śniadaniu i wizycie w świątyni robi się jeszcze coś ciekawego? Wcale nie muszą to być rzeczy charakterystyczne dla danego święta, raczej ogólnie związane ze świętowaniem w świecie Waszych przygód. Może organizowany jest turniej rzucania laserowym freesbie, wyścigi w beczkach czy może gonitwa z bykami? A może czarodzieje organizują pokaz sztucznych ogni a DJ'e potańcówkę w remizie?

6. Tabu/tajemnica
Jako dodatkową "wisienkę na torcie" można do takiego święta dołożyć jakieś "tabu". Na przykład, kto danego dnia przelał krew/jadł śliwki/ubrał się na zielono nie może uczestniczyć w uroczystości. Czy też może najpiękniejsza dziewica i zwycięzca zawodów strzeleckich po tym jak zostaną ukoronowani dębowymi liśćmi na królową i króla święta, po zachodzie słońca zostają złożeni w ofierze potworowi żyjącemu w jaskini pod miastem.

Święta oczywiście mogą być większe i mniejsze, obchodzone przez zamkniętą grupę etniczną czy ogólnopaństwowe. Może się tak zdarzyć, zwłaszcza w przypadku świąt państwowych i religijnych, że dane święto dla jednej grupy będzie to okazja do wielkiej fety a dla innej pamiątka wielkiej tragedii. 

Oczywiście trzeba to wszystko robić z głową, święta nie powinny występować zbyt często i nie powinny być zbyt powszechne. Niech to będzie coś na co wszyscy cały rok czekają, a wtedy same przygotowania do świętowania mogą być ciekawym tłem dla Waszych przygód. 

P.S. Mam zamiar dorobić moduł "świąteczny" do mojego generatora, ale o tym napiszę następnym razem.

sobota, 2 lutego 2013

Wielkie koszty zamknięcia wodnej bramy.

Kolejne trzy (sic) sesje za nami, a mnie nie udało mi się napisać na czas sprawozdania. Na szczęście grupie udało się, choć nie bez problemów, powstrzymać wroga i z pomocą przyjaciół zawalić wyjście z płaskowyżu zwane "Wodną Bramą".

Nie będę opowiadał farmazonów, malownicze opisy walk które toczyły się w tunelach trzeba było relacjonować na bieżąco, tak jak to robił MG na obsydianie. Potem nie dość że pamięć zawodzi to i nie wydają się tak malownicze. Mnie się to nie udało, więc wyszło jak zwykle. Podsumowując, nawet pobieżnie, walki w tunelach muszę jednak wspomnieć o kilku ważnych wydarzeniach. Po pierwsze i najważniejsze, straciliśmy naszego wiernego towarzysza i wodza - Koukasha. Po zakończeniu walk Simeon ciężko pracował jako nasza pomoc medyczna i skończyły mu się zioła, postanowił więc w wolnej chwili ruszyć na okoliczne pagórki i poszukać jeszcze jakiegoś zielska, w ramach obstawy na ochotnika zgłosił się Koukash. Niestety nie upilnowaliśmy go, sam był ciężko ranny i nie powinien nigdzie wychodzić. Niedługo po tym jak wyszli do lasu z krzaków wyskoczyły Wargi którym wcześniej udało się przebić przez nasze szeregi. Wódz nasz dzielnie stanął w obronie towarzysza blokując drogę potworom. Umożliwiło to wprawdzie bezpieczną ucieczkę Simeona i powiadomienie reszty o tym co się dzieje, ale zanim dotarliśmy na miejsce już było za późno... Ciało złożyliśmy w tunelu który miał być zawalony, a przed wejściem Simeon wyrył na skale napis "Tu leży Koukhash - potężny wojownik, zginął śmiercią heroiczną. Przechodniu powiedz Paezuri, że leżę tu posłuszny jej prawom".

Tunel udało się zawalić zgodnie z planem, choć zdążył się jeszcze jeden podejrzany wypadek. Otóż główny krasnoludzki inżynier który nadzorował prace został w tunelu! Nie wiem czy zrobił to specjalnie, czy wydarzył się jakiś wypadek, ale czuję pod skórą że jeszcze go spotkamy.

Powrót do Talzanii z jednej strony przypomina kondukt żałobny, ale z drugiej widać że dla miejscowych to wielkie święto. Po raz pierwszy od dawna nie są narażeni na podjazdy ze strony mieszkańców Płaskowyżu. Z uczty która później nastąpiła, pamiętam bardzo niewiele i nie pytajcie dlaczego. Mam tylko nadzieje że nie będę ojcem. Jedyny moment który z niewiadomych przyczyn kołacze się po głowie to zniknięcie Broula. Coś wspomniał o jakiejś zapłacie i zniknął. Jak się później okazało, załatwił nas bez mydła :/

Rankiem każdy został poproszony do wodza osady gdzie można powiedzieć, że rachunki z wsią zostały wyrównane, choć ja mam poważne podstawy sądzić że jeszcze nie byłem trzeźwy. Dodatkowo jako grupa zostaliśmy honorowymi mieszkańcami i dostaliśmy chatę Noglimaxa.

W naszej nowej chacie po śniadaniu ustalamy co robić dalej. Staje na tym, że na razie wracamy do Trzewii gdzie spróbujemy uzupełnić zapasy, odebrać długi i zamówione towary, a potem się zobaczy. Po szybkim pożegnaniu z mieszkańcami ruszamy mniej więcej tą samą trasą którą tu dotarliśmy. Podróż przebiega bez problemów, a jedyną ciekawostką jest to że w oddali napotykamy polankę na której stoją jakieś ruinki. Zapada decyzja żeby zbadać co to jest, ale ruinki okazują się czymś w rodzaju pręgierza, ot kamienny słupek z metalowym kołem na szczycie. W sumie nic ciekawego, pytanie po co komu pręgierz w środku lasu? A może to nie pręgierz tylko jakieś miejsce składania ofiar dzikim bestiom? Dziwne to bardzo, ale ruszamy w dalszą podróż. Po drodze odwiedzamy jeszcze grób Koukasha, a że zrobiło się już późno postanawiamy spędzić tam noc. Następnego dnia docieramy do lasu Odległych Szeptów gdzie pod wieczór udaje nam się koncertowo zgubić, na szczęście dzieje się to na "zmianie" Nuadu, więc nadal mogę brylować za najlepszego łowcę i tropiciela w okolicy :)

Chwilę po tym jak rozbijamy obóz prawie włazi nam do ogniska jakiś dziwny osobnik ciągnący muła na powrozie. Wygląda wprawdzie jak dwustuletni traper ale nadspodziewanie szybko potrafi zmaterializować kuszę w ręku. Na szczęście okazuje się w niegroźny, na imię ma Luka (muła nazywa Ingotem). Okazuje się że traper jest niezłym gawędziarzem i sporą część nocy spędzamy na słuchaniu opowieści o jego przygodach w okolicznych lasach. Niejako przy okazji Luka opowiada nam o dziwnym miejscu gdzie podniesiona rzeka wymyła kawał brzegu i widać teraz jakoweś ruiny, i za uczciwy udział w ewentualnych zyskach pokarze nam to miejsce. Rankiem ruszamy w dalszą drogę i okazuje się że do Trzewii był przysłowiowy "rzut kamieniem".

Szybki rajd po sklepach i odkrywamy straszną rzecz - cała nasza gotówka zmieniła się w suche liście!!! Najbardziej szlag trafia Kaszkura (nowa postać Tomka) który wykrzykuje "Winnego trzeba znaleźć, 70 litrów wódki poszło w pizdu”. Próbując zasięgnąć języka u miejscowych, od Gerrissa dowiadujemy się o legendzie jakoby to krążyła po wyspie pewna istota pomagająca ludziom w potrzebie, ale nie wynagrodzona odpowiednio wspomina coś o koniecznej zapłacie i znika. Po jakimś czasie okazuje się że znikają wszelakie monety. Coś wam to przypomina? Dobrze żę akurat gotówki mieliśmy niewiele a główna część skarbu była w klejnotach. Przy okazji znów nieoceniony okazał się Kaszkur "Wyciulali nas po całości, jeszcze w legendzie o tym będzie"

Przed zakończeniem sesji udaje nam się jeszcze odwiedzić rymarza, gdzie okazuje się że nasze nowe zbroje to będą gotowe... za kilka miesięcy. Nuadu prawie się załamał, bo niemalże z gołą rzycią biega, Nicto zamówimy mu zbroję u Zywalta, za tydzień powinna być. Na koniec Nuadu wyciągnął z betów wypasione pudełko z jeszcze bardziej wypasioną lunetą i zamówił sobie tubus, nieźle się obłowił w Talzanii. Ja nadal słabo wierzę co tam widziałem po imprezie...

Mimo że prawie "nic" się nie działo, jakoś wyjątkowo miło mi się grało. Mam też nadzieje że Tomek na dłużej z nami zabawi, bo zapowiada się kolejna barwna postać. Tylko Koukasha szkoda... [ ' ]

wtorek, 29 stycznia 2013

Nowy w drużynie

Moje trzy sztuki miedzi, czyli odpowiedź na polemikę którą zaczął Żuk na Obsydianie: http://www.obsidianportal.com/campaign/skrzydla-rocranon/adventure-log/dwug-os-o-r-wno-ci-i-poziomowaniu

Obecnie już sam nie wiem, czy to kwestia wielu godzin przegadanych ze Sławkiem, przeczytanych tych samych ton materiału czy też po prostu podobny sposób rozumienia sandboxowego grania, ale generalnie zgadzam się z naszym MG. Gramy w takim a nie innym stylu, i to czy na nas "wylezie" samotny stary i szczerbaty goblin czy zorganizowane komando trolli zapisanych do MENSA jest kwestią tylko i wyłącznie przypadku a nie z góry założonego scenariusza. Tak naprawdę więc nie ma większego znaczenia czy wszyscy będą mieli 6 czy 16 poziom, jak będziemy mieli pecha i jeszcze do tego głupio pogramy to będzie pozamiatane.

Druga sprawa, mechanika. Gramy w lekko modyfikowane AD&D 2ed., wg tego systemu u wojownika szansa trafienia wroga - THAC0, zmienia się co poziom o 5% (PIĘĆ!!) procent. W przypadku innych klas, jeszcze mniej.  Naprawdę jest o co kruszyć kopie? Jedyna widoczna na pierwszy rzut oka różnica to punkty życia, ale to też dotyczy wyłącznie klas walczących. Przeciętny mag ma nikłe szanse kiedykolwiek (!) w karierze przebić ilość HP jakie mój łowca ma na obecnym drugim poziomie. Czy oznacza to że taki mag jest bezużyteczny? Oczywiście że nie, co bardzo dobrze pokazał nam Finnor wielokrotnie ratując całą drużynę, a HP ma tyle, że czasem boję się na niego ostrzej spojrzeć żeby go nie zabić :) 

Po trzecie, drużyna. Samo zróżnicowanie postaci w drużynie generuje ciekawe sytuacje. Nie rzucimy się z pieśnią na ustach na każdego wroga bo będzie trzeba dbać o "młodych". A może wręcz przeciwnie, będzie trzeba ratować z tarapatów młodego kompana? Na razie jeszcze różnice są za małe, ale może za jakiś czas mogłyby nawiązać relację mistrz-uczeń? Swoją drogą śmierć Koukasha miała dokładnie takie podłoże, ratował słabszego (fizycznie) kompana, pech chciał że wyszło jak wyszło. To wielka kopalnia pomysłów do rozwinięcia w ramach samej drużyny. Przy okazji niejako naturalnie zostaje rozwiązana kwestia przywództwa w drużynie, a mówcie co chcecie, przywódca w drużynie powinien być*.
Żuk pytał o "cel grupy", wydaje mi się że na razie takiego celu nie mamy, a to czy po drodze będzie jakaś rotacja w składzie czy nie, realnie ma niewielki wpływ na potęgę całej drużyny. A ta będzie rosnąć, zarówno w poziomach, bogactwie jak i wpływach. 

Jeśli zaś zdarzyło by się tak, że w jednym momencie padnie kilku najbardziej doświadczonych a reszcie jednak uda się przeżyć... To mam nadzieję że będzie to na tyle heroiczna akcja że ocaleńcy opowiadając tą historię będzie za darmo pić przez pół roku we wszystkich okolicznych karczmach. No chyba że to będzie przykład wyjątkowej głupoty a nie heroizmu, choć niektórzy mówią że granica jest bardzo cienka :)

Po czwarte - fluff, czyli sama postać. Ja osobiście wolałbym rozwijać swoją postać od początku, od zera kreować to kim jest, jak się zachowuje, jak widzą ją inni, w czym jest dobra a w czym kompletnie sobie nie radzi. Może jestem zbyt leniwy, ale nawet nie chcę myśleć ile musiałbym pracy włożyć żeby nabrać tyle kolorytu co Koukash przez te kilkanaście sesji, a to "tylko" dwa poziomy!!! Dodatkowo taka "świeżynka", będzie w dużo lepszej sytuacji niż my na początku bo będzie miała do dyspozycji wsparcie reszty drużyny. 

Reasumując, gdybyśmy mieli demokrację a nie dyktaturę (hehe) Mistrza Gry, to głosowałbym za startowaniem każdej postaci od zera. Jeśli zaś ktoś będzie odczuwał przemożoną potrzebę grania od razu wysokopoziomowcem, ja z tym nie mam problemu. Wierzę że wszyscy gracze z naszej drużyny są na tyle rozsądni żeby nie zepsuć zabawy reszcie drużyny. Tylko po co? 

*) Swoją drogą będzie trzeba pogadać na następnej sesji kto przejmuje pałeczkę wodza. 

sobota, 5 stycznia 2013

Czerwone brygady

Kolejna, już piętnasta, sesja za nami, a ja po małej przerwie wracam do obowiązków kronikarza. W sesji udział wzieli: Mg, Finnor, Gorluk (nowa postać, witamy kolejnego gracza na pokładzie), Keffar, Koukash oraz Simeon. 

Dla przypomnienia, ostatnia sesja skończyła się na wyprawie do świątyni czy grobowca, który nasza sekcja mózgowców określiła jako "krasnoludzkie". Chcieli ją dokładnie zbadać, niestety nic z tego nie wyszło bo w korytarzu napotkaliśmy całkiem sporą grupkę czerwonoskórych. Tak, tak, czerwonoskórych goblinów, niestety zapomniałem sprawdzić czy są pomalowane czy taki mają odcień skóry. Nicto, sprawdzi się następnym razem. Gobliny chyba były równie zaskoczone co my, więc nie zastanawiając się specjalnie długo wycofaliśmy się na z góry upatrzone pozycje, to znaczy na pierwszą barykadę.

Za barykadą szybko podzieliliśmy obowiązki, ustawiliśmy szyki i czekamy. Początkowo wszystko szło zgodnie z przewidywaniami, gobliny wpadły w pierwszą pułapkę i świece dymne skutecznie uniemożliwiły im ostrzał naszych pozycji (mózgowcy 1, gobliny 0). Jak tylko zaczęły wyłazić ze ściany dymu udało mi się celnym strzałem w oko położyć pierwszego goblina (mięśniaki 1, gobliny 0). Swoją drogą to był chyba mój najbardziej fartowny rzut do tej pory, 20 na trafienie (na k20) czyli trafienie krytyczne i obrażenia x2, a następnie 6 (na k6) na obrażenia.

Niestety później już nie było tak różowo. Nie dość że czerwonoskórzy rozpoczęli ostrzał i Koukash zarobił trzy strzały, to jeszcze wylazł jakiś ichni szaman i magicznymi mocami znacznie osłabił wolę walki po naszej stronie. Koukash nie ułomek więc jakoś się trzymał, ale walka była bardzo zażarta i gdy tylko gobliny wdarły się na barykadę udało się im powtórzyć mój wyczyn (20 a potem 6). Nasz nowy towarzysz Gorluk dostał prosto w twarz ciężko okutą pałą ponosząc śmierć na miejscu (drużyna 4, gobliny 1). Zaczynało się robić naprawdę nieciekawie, przeciwnicy praktycznie przedzierali się już przez nasze umocnienia gdy sytuację, po raz kolejny, uratował Finnor. Znanym nam już czarem uśpił większość atakujących, a reszta nie wiedząc co się dzieje czym prędzej uciekła. Bitwa była wygrana! Koukash wprawdzie wpadł w szał bojowy i próbował tarczą atakować martwe już gobliny, ale jakoś w trzech chłopa udało się go uspokoić. 

Podczas przeszukania trupów i uśpionych okazało się, że jeden z goblinów odrobinę większy od reszty, ubrany był w dobrze wykonaną krasnoludzką kolczugę a w rękach dzierżył porządną tarczę i nadziak. Oględziny wykazały że wprawdzie kolczuga jest dla nas za mała, ale nadziak jest magiczny !!! Jeszcze nie wiadomo czym się ta magia objawia, ale jest co świętować to w końcu pierwszy egzemplarz magicznej broni w naszym arsenale. Tak wspaniałą broń mógł oczywiście przejąć tylko nasz dowódca - Koukash. Z samym szefem goblinów nie bardzo dało się porozumieć bo znał tylko kilka słów po naszemu, głównie "śmierć", a i nasza drużyna słabo zna goblini. Finalnie, z braku lepszych pomysłów, został przywiązany do barykady.

Wieczór przebiegał dość spokojnie, większość wcześniej walczących odpoczywała w jaskiniach i poza małym zwiadem koboldów nie działo się nic ciekawego. Ciekawie zaczęło się robić dopiero koło północy gdy warta z pierwszej barykady dała znać że w korytarzu stoi samotny goblin ze szmatą na kiju. Tak jak podejrzewaliśmy chcieli gadać, dość dobrze zbudowany goblin płynnym wspólnym wyjaśnił, że jeśli wypuścimy jego klan to oni sobie spokojnie odejdą i nie będą nam przeszkadzać w dalszym zawaleniu korytarzy. Jak dla mnie był coś za sprytny i pewnie zaraz po tym jak byśmy ich wypuścili, zaatakowali by nas od tyłu. Niestety dopiero po pewnym czasie przyszła mi do głowy myśl, że to my moglibyśmy ich rozbroić a następnie zagnać do jaskini, ale na to już za późno. Nasz dowódca nie zgodził się na takie umowy i zgodnie z przewidywaniami nad ranem nastąpił kolejny atak. Tym razem atakowała nas goblinia kawaleria na Wargach. Większość udało się zatrzymać, ale tych kilku którzy się przedarli rzuciło czymś co przypominało olej na barykadę. Nasze podejrzenia potwierdziły się gdy z tylnich szeregów wroga wysunęli się łucznicy z płonącymi strzałami. Będą nas chcieli puścić z dymem...

W świecie realnym zrobiło się już późno i na tym zakończyliśmy sesję. Jak do tej pory to była chyba najkrwawsza przygoda w naszej historii, nie dość że padło na prawdę sporo czerwonoskórych, to również padł nasz towarzysz. Z niecierpliwością czekam na dalszy ciąg, choć obawiam się że możemy mieć poważne problemy w utrzymaniu co najmniej pierwszej barykady.

P.S. Trzeba na szybko wymyślić coś przeciw Wargom bo ich chyba nie braliśmy pod uwagę w naszych założeniach. 

czwartek, 6 grudnia 2012

To ja go tnę...

Wpis ten jest częściowo odpowiedzią na wpis Tsara na Obydianie a częściowo moimi przemyśleniami na ten temat.

Walka trwała od kilku minut, zasadzka udała się znakomicie, zwalone w poprzek drogi drzewa skutecznie zablokowały wszelki ruch karawany. Krzyki rannych i jeszcze walczących słychać było z wszystkich stron. Nagle, kompletnie wszystkich zaskakując, zza drzewa wyskoczył wielki zwierzoczłek z głową byka i kopytami zamiast stóp. Jego umięśnione ludzkie ciało okryte było oksydowaną na czarno kolczugą, w jednym ręku dzierżył wielki topór a w drugiej tarczę z wymalowanym symbolem Złamanego Rogu - klanu napadającego od kilku miesięcy na podróżnych w tej okolicy. Wyrywając kopytami darń rzucił się z krzykiem w stronę najbliższego ochroniarza i w kilka sekund znalazł się w odległości umożliwiającej atak. Pierwsze uderzenie wykonane zza głowy na szczęście chybiło celu, ale potwór szybko odzyskał równowagę i niemalże tanecznym ruchem odsunął się na bezpieczną odległość. 

- Co robisz? - pyta MG.
- To ja go tnę. - odpowiada gracz. 
- Opadł mi nawet cholesterol... - westchnął MG. 

Brzmi znajomo? Niestety zdarza się to i doświadczonym graczom, dlaczego? Nie wiem. Co więcej temat już był do tego stopnia wałkowany na różnych forach, blogach i stronach tematycznych, że aż sam sprawdziłem czy na moim młodym blogu już tego tematu nie poruszałem. Zapytacie i cóż z tego? Ano nic, powiem więcej, i bardzo dobrze żeby jest tak wałkowany. Moim skromnym zdaniem RPG to trochę jak seks grupowy, fajnie się dogadać wcześniej co kto lubi, tak żeby wszystkim się później podobało i nikt nie czuł się pominięty. Nie może być tak jak w powyższym opisie, Mistrz Gry po czymś albo się zniechęci, albo zniechęcą się naciskani na kwieciste opisy gracze. Dobrze by było gdyby każda ekipa na początku wspólnej kampanii ustaliła takie sprawy, tak jak ustala się że gramy w określone dni tygodnia i stosujemy takie a nie inne zasady mechaniki. 

To co zaproponował Sławek, to nawet według mnie wyższy poziom zaawansowania gracza, nie mylić z postacią którą odgrywa. Jedno to odgrywanie postaci, pełne wykorzystanie wszelkich jej cech, zdolności, specjalnych umiejętności i także, co chyba nawet ważniejsze, tego kim postać jest i dlaczego się tak zachowa w danych okolicznościach. A drugie to połączenie tego z resztą drużyny oraz wszystkimi zausznikami. Nie jest to proste, może, choć nie musi,  znacznie wydłużyć starcie, ale wydaje mi się że warto. Efekt może być więcej niż ciekawy. Wydaje mi się że przedstawienie sytuacji za pomocą planszy i figurek bynajmniej nie przeszkadza a niektórym nawet może pomóc w ogarnięciu sytuacji na polu walki. Tak czy inaczej popieram w stu procentach i postaram się od dzisiejszej sesji stosować taką rozwiniętą metodę opisu.

Druga rzecz którą poruszył Sławek, to ta nieszczęsna "runda" w AD&D trwająca całe sześćdziesiąt sekund. Ja jakoś nigdy nie miałem z tym problemu, po prostu przyjąłem że walka to seria ciosów, zastaw, uników a finalny rzut kością to nie jest jedno konkretne uderzenie tylko ogólne "podsumowanie" tej minionej minuty. Coś w stylu bardzo umownej średniej pomiędzy umiejętnościami ataku i obrony. Traktowanie rzutu jako określania rezultatu każdego machnięcia mieczem nie ma sensu. Oczywiście że w ciągu minuty można na upartego dźgnąć nożem jakieś 120 razy, ale czy to w realnej walce miało by jakiś sens? Zauważcie, że ilość "kości życia" w AD&D i pochodnych, odpowiada również za wyczerpanie walką, a nie tylko za używanie później w cRPG było określone jako "hit points". To że w danej rundzie "zadałeś 6 punktów" nie musi oznaczać przebicia przeciwnika na wylot. Może równie dobrze oznaczać taką przewagę, że przeciwnik się zmęczył unikając ciosów, a może się potknął, skręcił kostkę, a może rzeczywiście zadałeś mu poważną ranę w brzuch i następnej takiej rundy już może nie wytrzymać? Nie wiem czy ktoś z Was walczył kiedyś mieczem, ja gdy byłem te 30 kg młodszy i byłem w dużo lepszej kondycji miałem tą przyjemność. Wiem doskonale że po kilku minutach (rundach!) takiej pozorowanej walki człowiek był kompletnie wykończony, mimo że tak na prawdę nie dostał żadnej rany!!! Pewnie gdyby to była prawdziwa walka od której zależy moje życie dałbym z siebie więcej, ale nie znaczy to że byłbym mniej zmęczony.
W grze wszystko sprowadza się tak na prawdę do tego samego o czym mówiliśmy wcześniej, do opisu jak ta walka wygląda. Można w kilkanaście sekund naprawdę fajnie opisać całą minutę potyczki, i to opowiadając co robią OBIE strony, a dobry MG jeszcze się z tego ucieszy. Można nawet zrobić eksperyment i opowiadać co się stało już PO rzucie kością, czyli znając rezultat całego starcia.

To samo dotyczy strzelania, i to z dowolnej broni. Wprawdzie o strzelaniu z łuku dużo więcej ode mnie może powiedzieć nasz MG, ale wydaje mi się że nie każdy jest Legolasem na turbodoładowaniu. Oddanie CELNEGO strzału w ruchomy cel na większą odległość zajmuje trochę więcej czasu niż wyjęcie strzały z kołczana. Zakładając więc, że nie szyjemy seriami mniej więcej w kierunku nacierającej chordy orków, może to zająć nawet i 30 sekund? Myślę że może, co daje nam uśrednione dwa strzały na rundę... 

Jedyne co tak naprawdę nie pasuje do tego całego systemu to reguły poruszania się. Wprawdzie są już osobnicy którzy potrafią przebiec w dziesięć sekund i sto metrów, ale nie są obwieszeni żelastwem i po takim biegu przez dłuższą chwilę nadają się tylko do wiszenia na rampie kończącej tor. Pomijając takie ekstrema nadal możemy śmiało założyć, że normalny nie związany walką (!) człowiek w minutę może przejść więcej niż kilka metrów. Skąd się to wzięło autorom systemu, niestety pozostaje dla mnie niepojęte. Zastanawiałem się kilka razy co można z tym zrobić, i wyjścia są dwa - albo poważnie skraca się turę burząc moim zdaniem spójność systemu walki, albo wydłuża możliwe do przejścia odległości. Ja preferuję to drugie wyjście. 

Wpis robi się przydługi, ale chciałem jeszcze poruszyć ostatnią kwestię - Inicjatywę. Bardzo podoba mi się pomysł odwróconej deklaracji. Tj. pierwsi deklarują działania najwolniejsi, a wykonuje się je później od najszybszych. Co więcej, bardzo poważnie zastanowiłbym się nad możliwością jakiekolwiek zmiany we wcześniej zdeklarowanych czynnościach. Dlaczego? Dwa przykłady:
1. Zadeklarowałeś że strzelasz do orka którego ktoś wcześniej zabił? Trudno, celowałeś przez ostatnie kilkanaście sekund właśnie do tego. Nie zdążysz wycelować w innego, najwyżej trup dostanie drugą strzałę.
2. Razem z towarzyszem okładaliście razem z jednego orka a szybszy kolega go dobił, trudno, on już wcześniej policzył bonus za Twoją pomoc, nie możesz atakować innego.
Może to i brutalne, ale powinno w naturalny sposób wyrobić nawyk przemyślanych w kontekście całej drużyny deklaracji.

Myślę że na dziś wystarczy zrzędzenia, pozdrawiam  i czekam na komentarze. 

poniedziałek, 3 grudnia 2012

Miejska dżungla

Jak zapewne wiecie ostatnimi czasy przeżywam okres fascynacji wszelkiego rodzaju sanboxami.  Choć przyznam że słyszałem o jednej czy dwóch toczących się w kosmosie, to większość tego typu gier toczy się w scenerii fantasy. Nigdy za to nawet nie słyszałem o miejskim (!) sandboxie cyberpunkowym...

Wyobraźcie sobie, że miasto przyszłości to dżungla, wielka, niezbadana, dzika dżungla... Cóż z tego że w każdej chwili możecie pobrać do waszych komórek/laptopów/wszczepów pamięci idealnie odwzorowującą rzeczywisty układ ulic mapę z google maps skoro tak naprawdę nie ma na tych mapach najistotniejszych informacji. Powiecie że są notki o bankomatach, lecznicach, kafeteriach i promocjach, owszem są. Tylko dla Was jako dzieci ulicy są kompletnie nieprzydatne. Dlaczego? Dlatego że ochrona nigdy nie wpuści takich jak Wy do galerii, a nawet jeśli to z waszymi zarobkami możecie sobie co najwyżej polizać szybkę. 

Istotne informacje istnieją tylko w pamięci ludzi którzy żyją na tych ulicach. To gdzie jest czarnorynkowy market, jaki gang akurat opanował ten kwartał ulic czy informacja gdzie można znaleźć nielegalne części do nieautoryzowanych cyborgizacji. To są cenne informacje i to często na wagę złota, bo mogą uratować czyjeś życie. A tak cennych informacji w google'ach nie znajdziecie.

Co powiecie na takiego sandboxa? Gama możliwości jest praktycznie nieskończona. Własnego samochodu nie macie, a w tej okolicy taksówki się nie zatrzymują. Sama podróż do sąsiedniej dzielnicy gdzie ponoć mieszka stary fixer posiadający części do respiratora matki może stanowić wstęp do mini kampanii. Po drodze można spotkać całą bandę najdziwniejszych stworzeń, przyjaznych jak i wrogich, skarby, lochy czy dziwne świątynie. Wszystko co tylko przyjdzie Wam do głowy można znaleźć w mieście. Cóż z tego że lochem może być podmiejski kompleks R&D jakiejś firmy, a świątynia kolejnym ortodoksyjnym odłamem Kościoła Cyber Jezusa. Zapytacie o potwory? A mało tego w mieście? Zmutowane aligatory w kanałach czy zdziczałe hordy psów to najbardziej sztampowe przykłady. Może chcecie smoka? Bo słyszałem, że gdzieś w okolicy krąży oszalała sztuczna inteligencja w cyber ciele tyranozaura. A może coś się wydostało z prywatnego zoo jakiegoś bogatego świra?

Pewnym założeniem mogło by być żeby gracze, przynajmniej na początku, nie posiadali zbyt wielkich zasobów, ale też ciekawym pomysłem może być rzucenie super bogatego Corpo-Garnitura w takie środowisko gdzie super wypaśny telefon nie działa a jego platynowa karta może służyć tylko jako urządzenie do dzielenia kokainy*. Miasto też nie powinno przypominać centrum Warszawy, a raczej przemysłowe przedmieścia, ale to też tylko kwestia kilku dobrych pomysłów a nie sztywnych ograniczeń. Nawet szklane centrum miast może mieć swoją ukrytą "podszewkę", czego świetnym przykładem może być gra "Mirrors Edge" opowiadająca o kurierach żyjących na dachach budynków korporacji. Pamiętajcie, miasto to dżungla...

Miała być krótka notka o głupim pomyśle, ale w trakcie jej pisania sam się nakręciłem i przyszło mi do głowy tysiące pomysłów. Może coś z tego sklecę?

*) Ktoś kojarzy "The Night Before" z Keanu Reevs'em? :)

poniedziałek, 8 października 2012

"Wind of change"

Za nami kolejna już siódma sesja i przyznam że coraz bardziej mi się takie granie podoba. Tym razem na sesji stawiła się żelazna ekipa to znaczy: MG, Finor, Nuadu i Keffar. Wprawdzie zaczęliśmy troszkę spóźnieni z powodu kilku dygresji na tematy zupełnie poboczne, na przykład o wyższości Matrixa nad świętami wielkiej nocy, ale potem poszło już gładko. A było to tak:

73 dzień pory Narodzin 
Jeszcze wieczorem po powrocie od zielarza postanowiliśmy załatwić sprawę naszych ewentualnych zeznań w sprawie kapitana Petlamina, a właściwie jego zięcia - Uznego. "Rozprawa" ma się odbyć za kilka dni, ale prawdopodobnie już nas nie będzie w Trzewiach, więc żeby nie było żadnych problemów z tego powodu złożyliśmy "świadectwo" Gerissem w sali zgromadzeń. Powiedzieliśmy szczerze jak było, to znaczy że tak naprawdę nic nie widzieliśmy bo wszystko działo się w kabinie kapitana. Spełniwszy swój obywatelski obowiązek, poszliśmy do Maryny gdzie noc nam upłynęła wyjątkowo spokojnie.

74 dzień pory Narodzin
Rankiem zgodnie z planem rankiem wyruszyliśmy w stronę targowiska Cyrkowców. Plan był prosty, wykorzystamy czas pozostały nam do wyruszenia z "dzikimi" na poznanie terenu, a niejako przy okazji poćwiczymy z Finorem strzelanie. Oczywiście zew przygody wygrał z rozsądkiem i zamiast pójść najkrótszą drogą wyruszyliśmy na przełaj przez wzgórza. Długo nie musieliśmy czekać, zza pierwszego wzgórza już było widać dym. Dym na szczęście unosił się z ogniska, a nie na przykład z dachu jakiejś chaty, a ognisko było rozpalone w środku obozu złożonego z kilku wozów. W pierwszej chwili myślałem że ponownie spotkaliśmy Zeginów, ale "rzeczywistość" przerosła najśmielsze oczekiwania. Okazało się, że obóz był częścią większej wyprawy mającej na celu "wsparcie duchowe" wiernych Kościoła Ostatecznego Porządku na Rocranonie. Wyprawą ruszyła pod przewodnictwem niejakiego Wielebnego Albsta, ale nie mieliśmy "przyjemności" poznać bo był niedysponowany. Z ciekawszych osobistości poznaliśmy Hageilona Szmaragdowego, który wyglądał jak najprawdziwszy rycerz, tylko pełnej zbroi mu brakowało. Źle mu nie życzę bo w sumie był sympatyczny, ale w lesie czy na bagnach to go nie widzę. Nuadu mało się nie zakrztusił jak usłyszał co to za jedni i w ogóle się jakiś nerwowy zrobił. Chcieliśmy z Finorem usiąść z nimi, chwilę pogadać, dowiedzieć się gdzie i po co jadą, ale zdążyliśmy tylko zjeść obrzydliwie słodką owsiankę (darowanej owsiance nie patrzy się w otręby), ale nie chcieliśmy zaogniać sytuacji i ruszyliśmy dalej.

Dalsza droga do targowiska przebiegła bez problemów, samo targowisko w pierwszej chwili szczerze mnie rozczarowało. Ot ruiny i kupa śmieci, kompletnie nic ciekawego. Już miałem się kompletenie zniechęcić do tych ruin i zaproponować szybszy powrót do miasta, gdy Nuadu podczas zbierania drewna na opał znalazł pojemniczek z biżuterią!! Widok błyskotek pobudził nasze apetyty na skarby i zaraz po rozłożeniu mini obozu rozpoczęliśmy poszukiwania. Dobrze że przypomniałem o zachowaniu ostrożności, bo chwilę później Finor znalazł... skorpiona! I to nie byle jakiego, bo wielkości sporej szkapy! Teraz jak o tym myślę, to mieliśmy więcej szczęścia niż rozumu. Zamiast uciekać gdzie pieprz rośnie postanowiliśmy pokozaczyć i rzuciliśmy się na bydle. Resztki zdrowego rozsądku zachował Nuadu i zdążył jeszcze krzyknąć żeby go okrążyć i strzelać tym kto co tam ma. Dzielnieśmy stali, celnie (umiarkowanie) strzelali i szybko biegali, a skorpion zaczął przypominać jeża zanim w końcu padł, ale jakoś się udało. Bydle padło nie tknąwszy nawet szczypcami żadnego z nasz, sukces pełen. Zupełnie "przypadkiem" okazało się, że nasz towarzysz Finor nie do końca pochwalił się swomi talentami. I nie chodzi mi tu o strzelanie, bo strzelał delikatnie mówiąc słabo, za to umie robić dziwne rzeczy. Pomachał rękami, chwycił się za głowę, tupnął dwa razy i skorpion kompletnie zgłupiał. Czary jakie czy co? Po ubiciu bydlecia zaczęliśmy szukać jego gniazda, i to był chyba najlepszy pomysł w naszej dotychczasowej karierze! Oprócz jeszcze kilku mniejszych skorpionów znaleźliśmy w gnieździe FURĘ złota!!!  Zdążyliśmy jeszcze wrócić do Trzewii i tu po raz kolejny los się do nas uśmiechnął. Okazało się że dziadek znajomego rymarza, robił kiedyś zbroje z różnych dziwnych materiałów i chętnie nam coś zrobi z pancerza skorpiona. Mam nadzieje że skoro skorpion był wielkości konia, to na co najmniej dwie może trzy lepsze skórznie starczy. Na tym zakończyliśmy grę. 

Na koniec mała dygresja w temacie skarbów. MG zaczął narzekać, że za dużo tego, że to zaburzy równowagę gry i że to kompletnie nierealistyczne żeby taka fura skarbów zwyczajnie u skorpiona leżała. Pomyślałem sobie na ten temat na spokojnie po sesji i poza argumentem o realizmie, który też można naciągnąć, z resztą argumentów się zgodzić nie mogę. Z jednej strony niby fura kasy, półtorej tysiąca złociszy, można by za to kupić... no właśnie co? Kilka mieczy? Koni? W tej zapadłej dziurze? Może jakąś tonę ryb, bo niewiele więcej. Biorąc pod uwagę ustalenie że kasa jest wspólna, drużynowa, to dzieląc to na sześć osób wychodzi na prawdę niewiele. Jak da radę kupię sobie lepszy łuk, skórznie i po pieniądzach. Że niby się o jedzenie nie będziemy teraz musieli martwić, a guzik prawda. Tak samo nie martwiliśmy się do tej pory, na więcej niż tydzień spyży nie weźmiemy a potem i tak będzie trzeba polować. Dwóch myśliwych w drużynie chyba wystarczy? Druga rzecz, przy tym stylu grania który przyjęliśmy, gdzie postacie robią się potężne przez wiedzę i powiązania a nie wyśrubowanie współczynników, lada moment będą nam potrzebni "poplecznicy". A najemnych trzeba będzie uzbroić, nakarmić, napoić a i pewnie jeszcze jakąś wypłatę będą chcieli. I z czego to wszystko? Z tych jeleni co je raz za czas złapiemy? Pamiętajmy że to był pierwszy taki stwór i nie wiadomo kiedy trafi się następny. Kolejnym problemem jest to, że z tego co zrozumiałem to sama gotówka, a stosując prosty przelicznik z mojego wcześniejszego posta to jakieś 7,5 kg złota. Trzeba to będzie albo wydać albo zakopać, przeca nie będziemy tego ze sobą nosić po lesie.

P.S. Jak zapewne zauważyliście zacząłem stosować kalendarz. Jak dobrze pójdzie to niedługo MG podzieli się z Wami jego pełną wersją.

środa, 3 października 2012

Motyw drogi

Dzięki Tsarowi mamy ostatnio przyjemność zasmakowac w nowym dla nas typie rozgrywki - "sandboxie". Nie bede sie teraz rozpisywal na temat różnic miedzy takim graniem a "normalnym", chcialem sie skupic na jednej z istotniejszych cech jaką jest odkrywanie otaczającego postacie świata. Odkrywanie wiąże się zaś z poruszaniem, i tu mnie zaczęło korcić na szukanie dziury w całym. Dzisiejszym problemem do rozwiązania jest znalezienie równowagi miedzy hiper-realizmem a przyjemnością gry. Już tłumaczę o co mi chodzi.

Zakładam, że piechur marszem podróżuje z prędkością około sześciu kilometrów na godzinę, a w ciągu 10 godzin powinien przejść nie mniej niż 40 km . Jest to realna wartość, ale ... No własnie, pojawia sie od razu mnóstwo rożnych "ale". Zakładamy ze idzie po w miarę dobrej i plaskiej drodze. Tak naprawdę dopiero ruszył, a plecak który niesie jest prawie pusty. Takich zastrzeżeń mozna wymyślić więcej. A co w sytuacji gdy bohater podróżuje już drugi tydzień w górzystym terenie, na garbie taszczy prowiant, namiot, broń, zdobyte złoto i jeszcze wspiera rannego towarzysza? Już nie jest tak różowo? 

To wszystko oczywiście z kolejnym założeniem ze jest to "bohater fantasy", który nigdy nie jeździł autobusem czy metrem i nie spędza większości dnia za biurkiem, no ewentualnie kilka razy w życiu jeździł konno. Jest więc w stanie tak podróżować. Bo z przykrością muszę przyznać, ze o ile kiedyś, jak byłem 30 kilo młodszy, to mogłem przebiec 10 km przed śniadaniem, tak teraz 15 kilometrowy spacer robi się górna granicą możliwości. Jest szansa ze po takim spacerze bede w stanie sie następnego dnia w ogóle ruszać. A gdzie tu do zakładanych 40km codziennego marszu? I tak przez dwa tygodnie? Kompletnie nierealne. 

W większości, o ile nie we wszystkich systemach RPG które widziałem temat jest potraktowany mocno po macoszemu. Ot tu tabelka, tyle szybkości to tyle kilometrów. No chyba że jest obciążony, wtedy trochę wolniej. A może by tak do tego wszystkiego dołożyć ogólne "zmęczenie materiału" ? Można przyjąć założenie, że po tygodniu ostrego marszu nawet najwięksi twardziele muszą odpocząć. I na przykład każdego dnia ostrej wędrówki tymczasowo, do czasu solidnego wypoczynku obniżać kondycję o jeden punkt? 

Kolejnymi aspektem który się z tym wiąże to czas i koszt takiej podróży. To dotyczy głównie kupców, ale i zwykli podróżnicy powinni o tym pomyśleć. Oczywiście kupiec zazwyczaj ma jakieś konie i wóz, ale koń z załadowanym wozem też nie porusza się wiele szybciej od piechura. Czyli wychodzi na to że kupno zborza w "okolicznych" wioskach to robota na kilka tygodni! A do takiej karawany to i pomocnik czy dwóch się przyda, kilku osiłków do ochrony też nie zaszkodzi, a całemu towarzystwu też jeść trzeba dać. Konie też o samej wodzie nie chcą pracować. Ktoś się jeszcze dziwi że w miastach jedzenie jest 2-3 razy droższe niż na wsi? Przy okazji zacząłem się zastanawiać jakie musiało być przebicie na bursztynie czy herbacie skoro opłacało się wyruszać na drugi koniec znanego świata (albo i dalej) żeby tam, u dzikich, kupić taniej.

Kolejna sprawa, dlaczego osady nie były jakoś strasznie duże? A jeszcze sto lat temu opłacało by się komuś codziennie chodzić do pracy 15 km? Może jak kogoś bieda przycisnęła to ktoś to robił, ale podejrzewam że większość sobie taką "przyjemność" odpuszczała szukając pracy gdzieś bliżej lub przenosząc się w inne miejsce. Zakładając że wieśniak pracuje od świtu do zmierzchu, to nikt nie będzie marnował po dwie godziny rano i wieczorem na dojście na pola. Oczywiście niby można by postawić chatę trochę dalej od wioski, ale po to ludzie siedzą na kupie, za palisadą, żeby było bezpieczniej. A co zrobi taki odludek w razie najazdu orków? Jak będzie miał szczęście to straci wszystko co miał, ale zdąży uciec za mury. Drugi raz chałupy pod lasem budował nie będzie.

Jest oczywiście jeszcze druga strona medalu. Podczas ostatniego Maratonu Warszawskiego zwycięzca przebiegł 42 195 metrów w 2h 15m (DWIE godziny !!!), a całkiem realne czasy dla niezbyt intensywnie trenujących bieganie plasują się poniżej 4h. Oczywiście później większość z nich przez kilka dni po maratonie nadaje się głównie do leżenia i moczenia stóp, ale da się. Ciekawym pomysłem mogła by być "maratońska" przygoda. "Dostarczcie wiadomość do króla w ciągu pół dnia, jedyne 40 km." A po drodze tylko lasy i orki. Może być ciekawie?

Przy okazji mini konkursik, bez nagród. Ktoś wie, ale bez sprawdzania w google, w ile dni Kolumb podczas pierwszej wyprawy przepłynął Atlantyk? Odpowiedzi proszę zamieszczać w komentarzach.

poniedziałek, 1 października 2012

Jedziemy po zioło

Kolejna sesja za nami, tym razem obyło się bez większych problemów, za to w mniejszym składzie. Na pokład Rocranona tym razem zameldowali się: MG, Finor, Nuadu i Keffar. 

Trochę jeszcze widać, że granie w sandboxie nie jest naszym stanem "naturalnym", więc zamiast w oczekiwaniu na początek wyprawy sami szukać sobie zajęć, poszliśmy na spacer. Tak naprawdę to jeszcze sam nie wiem czy nie lepiej "przeczekać" trzy dni, deklarując chęć szkolenia w wyplataniu łapci z wikliny czy szukać guza :) Tak czy inaczej ruszamy na wschód, plan był taki żeby znaleźć lokalnego zielarza i może jakichś specyfików nakupić. W końcu (poza mną) żadne z nas twardziele i byle ślimak nas może rozsmarować. Nie uszliśmy daleko [nowy hex 1903] gdy napotkaliśmy pasące się stado "tapirów", nie wyglądały groźnie więc chciałem zastosować metodę poznawczo/kamieniową, ale Nuadu wpadł w zupełnie nie bohaterski nastrój i strasznie się zdenerwował. Jakoś tak wyszło, że mi się koniec końców ten kamień tak nieszczęśliwie z ręki wysunął że trafił jednego z tapirów w środek głowy. W tym momencie tapiry ... kompletnie nas zignorowały. Ech głupie bestie, na drugą próbę "towarzysze" mi już nie pozwolili kompletnie nie rozumiem dlaczego. 

Niedługo później napotkaliśmy ścieżkę biegnącą prostopadle do głównej drogi i po niedługiej chwili okazało się że rzeczywiście biegnie do chaty Japfena. Przy chacie zaparkowane były dwa dziwne wozy wyglądające na mieszkalne i wielce hałaśliwy kundel. Okazało się że wozy należą do nomadycznego plemienia nazywających siebie "ludem Zegin". Mam nadzieję, że nie przekręcam nazwy. Nomadzi okazują się bardzo sympatyczni i późny obiad nie wiadomo kiedy przekształca  się w zakrapianą imprezę po której postanawiamy zostać u Japfena do rana. Wieczorem nomadzi opowiadają nam, że żyli na Zeign (Rorcranonie) na długo przedtem zanim pojawili się pierwsi "ludzie" i nazywają wyspę "swoją". Pewności nie mam, ale mam wrażenie że byli tu nawet wcześniej niż elfy. Swoją drogą wychodzi jak niewiele jeszcze wiemy o tej wyspie. Warto by to nadrobić przy najbliższej okazji. Mam nadzieję, że jeszcze spotkamy "lud Zeign". 

Niestety tu miałem małą "przerwę techniczną", czekam na inne relacje żeby sprawdzić jak dużo przegapiłem. Rankiem gospodarz stwierdził, że też wybiera się do Trzewii, więc możemy wyruszyć razem. W drodze powrotnej właściwie nic ciekawego się nie dzieje, napotykamy jedynie pozostałości "targowiska cyrkowców" (uwaga! wrócić tu później i zwiedzić). Po powrocie do Trzewii, odwiedziliśmy jeszcze rannego kapitana i posłuchaliśmy niezadowolonych monopolem Zywalta rybaków, po czym zakończyliśmy sesję. Grało się bardzo przyjemnie, choć tym razem to ja padałem na twarz ze zmęczenia to znów miałem wrażenie że za krótko :)

Luźne przemyślenia na dziś. Oglądałem sobie obrazek który jest tłem do nazwy naszej kampanii, i tak się zacząłem zastanawiać czy te tytułowe "Skrzydła Rocranona" nie są aby przymocowane do czyjejś łuskowanej dupy... Coś czuję że wdepnęliśmy w dużo większe łajno niż nam się do tej pory zdawało.

środa, 26 września 2012

Obietnica - konkurs na Polterze

Krótka notka informacyjna.

Portal Polter.pl, a przynajmniej jego bardziej RPG'owa część ogłosiła konkurs na scenariusz do WFRP (edycja dowolna !!!) pod tytułem "Obietnica". Szczegóły konkursu pod adresem http://wfrp.polter.pl/Konkurs-Obietnica-c24839

 Może przełamać marazm i coś naskrobać? Zobaczymy, w końcu to jeden z moich ulubionych systemów, zwłaszcza pierwsza edycja. A i nagrody ciekawe :)